Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bolek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bolek. Pokaż wszystkie posty

piątek, 20 czerwca 2008

Biskupa Gocłowskiego wiedza transcendentalna

Jak uprzejmie donosi "Dziennik" na swym portalu, na temat książki o Wałęsie wypowiedział się dzisiaj arcybiskup Gocłowski, zwany czasem przez dowcipnisiów "duszpasterzem SLD" tudzież "duszpasterzem GW". Wypowiedź arcybiskupa Gocłowskiego na pewno konkurowałaby do czołówki najśmieszniejszych kwestii ostatnich paru tygodni, gdyby nie fakt, iż całą tą czołówkę wypełniają wypowiedzi samego Wałęsy.

Mimo wszystko warto owoc głębokich przemyśleń gdańskiego biskupa-emeryta przytoczyć, choćby jako dowód, że emerytura nie jest li tylko czczym wymysłem władz kościelnych, ale ma głębokie uzasadnienie jako sposób na, bądź co bądź, ograniczenie bytności podobnych biskupowi Gocłowskiemu w mediach.

Sam fakt zupełnego niezrozumienia idei powstania książki (cytując za podlinkowanym artykułem z "Dziennika": "Zdaniem abp. Gocłowskiego, książka jest atakiem na człowieka, który przyczynił się w ogromnej mierze do uzyskania wolności i suwerenności przez Polskę, ale też do zjednoczenia wschodniej i zachodniej Europy") można by jeszcze biskupowi wybaczyć. Zaznaczyć jednak trzeba, że gdyby przyjąć jego logikę i uznać, że atakowanie Wałęsy to czyn straszny i haniebny, to okazałoby się, że najstraszniej postępuje i największą hańbą okrywa się sam Wałęsa, którego każda prawie wypowiedź wygląda na obliczoną na wyrządzenie sobie jak największej krzywdy.

Wszystko jednak blednie wobec stwierdzenia, że dzieło historyków IPN (nota bene oparta na dokumentach, podczas gdy cała jej krytyka opiera się na "wewnętrznych przekonaniach" obrońców, "symboliczności i pomnikowości" Wałęsy ewentualnie na fakcie, iż autorzy książki mają poglądy polityczne) to książka "publicystyczna, zbyt mocno upolityczniona". Jednocześnie, jak donosi "Dziennik", biskup twierdzi, iż nie zamierza jej nawet czytać.

Proszę Państwa, możliwości są dwie. Albo biskup doznał nagłej iluminacji i otworzyła się przed nim wiedza transcendentna... albo (co przyznam, jest bardziej prawdopodobne) były gdański metropolita postępuje jak każdy postępowy europejski intelektualista- czyli wykształciuch- i wypowiada się autorytatywnie o rzeczach, o których niespecjalnie ma pojęcie, ale wyrobił sobie jedynie słuszne zdanie na podstawie przedstawianych przez odpowiednie media informacji. Ponieważ zaś postępowa europejska inteligencja zbyt bystra nie jest, biskupowi przytrafiła się mała nielogiczność w wypowiedzi... Ale to nic nie szkodzi, kogo obchodzi sens i logika- że nie wspomnę o przyzwoitości- kiedy trzeba wypełniać sojusznicze zobowiązania?

wtorek, 17 czerwca 2008

Lecimy Wielgusem

"Rzeczpospolita" opublikowała fragmenty mającej się ukazać książki Sławomira Cenckiewicza i Piotra Gontarczyka o współpracy Wałęsy z SB. Wynika z nich jasno, że Wałęsa nie pełnił roli zarejestrowanego "dla statystyk" nazwisk, ale donosił i brał za to pieniądze. Poza tym książka zajmuje się działaniami byłego prezydenta na początku lat dziewięćdziesiątych, kiedy przeglądał on i- najpewniej- zdekompletował teczkę z dokumentami na swój temat.

Czas na zajmowanie się meandrami wałęsowskiej współpracy przyjdzie, kiedy książka się ukaże i zawarte w niej dowody można będzie poddać analizie. Dzisiaj ciekawsza jest sama obserwacja zachowania głównego jej bohatera. Gdyby ktokolwiek oskarżał Lecha Wałęsę o słuchanie Radia Maryja, dzisiaj otrzymałby ostateczny dowód na fałszywość takich pomówień- widać bowiem wyraźnie, że Wałęsa najwyraźniej sprawy abpa Wielgusa nie zna, w szczególności nie wie, do jakiej kompromitacji prowadzi przyjęta przez biskupa, a przez byłego prezydenta kopiowana postawa zaprzeczania faktom.

Zachowanie Wałęsy już od jakiegoś czasu przypomina rozpaczliwą obronę abpa Wielgusa, dzisiaj jednak podobieństwo stało się wyjątkowe- tak Wałęsa, jak abp Wielgus szli zaparte w obliczu twardych dowodów, kłamiąc i klucząc. W obu przypadkach sama współpraca blednie wobec niehonorowego, kompromitującego zachowania w sytuacji jej ujawnienia.

Najbardziej jednak uderzającym podobieństwem jest podobieństwo medialnych i społecznych zapleczy "Bolka" i "Greya". Środowiska broniące abpa Wielgusa i Wałęsy charakteryzuje podobne, dogmatyczne podejście do rzeczywistości, wynikające ze ślepej wiary w autorytety (z jednej strony- autorytet o. Rydzyka i kilku jego współpracowników, z drugiej- grono mędrców podpisanych pod sławetnym listem w obronie byłego prezydenta), ignorowanie jakichkolwiek racji przeciwników, pogardliwy do przeciwników stosunek i- przede wszystkim- agresja przebijająca z ich zachowań i wypowiedzi (nadużywające lasek czy parasolek panie z rodzin RM oraz wściekłe tyrady Rydzyka z jednej strony, wysmarowany błotem samochód Cenckiewicza i notoryczne obrażanie i podważanie kompetencji obu historyków z drugiej). Szczególnie paskudnym chwytem są oskarżenia Wałęsy, który twierdzi, że przez pracę historyków wygrywa SB; sam Wałęsa traktuje bowiem oskarżanie siebie o taką współpracę jak przestępstwo mimo, iż historycy przedstawili konkretne dowody- jego słowa zaś nie są poparte niczym, może z wyjątkiem własnego przekonania byłego prezydenta.

Bezrefleksyjność obrońców tak Wielgusa, jak Wałęsy jest wręcz porażająca, bardzo utrudniając rozróżnienie członków obu obozów. Szczęściem zwolennicy Wielgusa chadzają zazwyczaj w beretach- przynajmniej w chłodniejsze dni pozwala to na zorientowanie się, z kim mamy do czynienia.

Lech Wałęsa miał szanse- wiele lat szans- na wyjście ze swej sytuacji z honorem. Jego działania w latach osiemdziesiątych spokojnie mogłyby usprawiedliwić niechlubną kartę wcześniejszej dekady. Niestety, Wałęsa wolał brnąć w kłamstwa i zacierać ślady licząc na brak zainteresowania swoimi dokumentami (?) lub siłę własnej legendy (?)- trudno określić. Być może liczył na osoby, które przeglądały (bezprawnie) archiwa na początku lat dziewięćdziesiątych. Trudno wypowiedzieć się jednoznacznie- pewne jest to, że Lech Wałęsa przegrał z własną przeszłością, a teraźniejsze kompromitacje są tylko tej porażki oznakami.

czwartek, 5 czerwca 2008

Lechowe spotkania kabaretowe

Abstrahując od tego, czy Lech Kaczyński powinien wypowiadać się nt. współpracy Wałęsy z SB przed publikacją mówiącej o tej współpracy książki (to niezbyt ostrożne zachowanie jest jednak w znacznej mierze usprawiedliwione barbarzyńskimi atakami na prof. Zybertowicza i autorów książki) trudno nie zauważyć kompletnej śmieszności dzisiejszej reakcji Wałęsy na słowa prezydenta. Jak twierdzi domniemany Bolek:

W obliczu faktów, prawa i pozycji już to samo powinno być powodem do prawnego w trybie natychmiastowym usunięty z urzędu.

Straszne? Nie, już nie. Śmieszne. Tym bardziej, że wypowiedź Wałęsy kończy się słowami:

Czy z takimi ludźmi, często zastępcami, z takim ładunkiem zawiści, zazdrości, głupoty mogłem osiągnąć więcej ?

Które oprócz tego, że zdradzają znaczne podenerwowanie (już wielokrotnie twierdziłem, że niewinny, nawet jeśli się tłumaczy, to raczej nie histerycznie) są słowami ewidentnie fałszywymi i podszytymi dzisiejszymi osobistymi animozjami Wałęsy. Jest sprawą oczywistą, że miażdżąca większość szeroko pojętej prawicy (praktycznie wszyscy oprócz środowiska UPR) była ślepo zapatrzona w wałęsowską legendę mniej więcej do czasu odwołania rządu Olszewskiego.

Problemem Lecha Wałęsy nie jest kilka lat współpracy z SB czy wynikające z niej "wzmacnianie lewej nogi" za czasów jego prezydentury. Tym, co najbardziej kompromituje byłego prezydenta, jest megalomania, a przede wszystkim zupełne zanegowanie roli innych Solidarnościowców, walczących z czerwoną zarazą w latach 80, ze szczególnym uwzględnieniem tych opozycjonistów, którzy później znaleźli się w innych niż Wałęsa obozach.

Wszystkiemu zapewne winien jest nieprawidłowy rozwój naszego systemu politycznego. Przypomnijmy- Wałęsa wymarzył sobie demokrację... a tu każdy gada co chce.