Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wałęsa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wałęsa. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 9 grudnia 2008

Wartość oświadczenia i medialna wartość oświadczenia

SB-ek, który wg dokumentów zwerbował Lecha Wałęsę na tajnego współpracownika PRL-owskich służb, zmartwychwstał i przybył z odsieczą byłemu prezydentowi. W oświadczeniu opublikowanym w serwisie "wp.pl" oczyszcza on Lecha Wałęsę z wszelkich podejrzeń o współpracę.

Oświadczenie takie jest, rzecz jasna, w wielu powodów zupełnie bezwartościowe- jednak, jak słusznie zatytułowała poświęcony mu artykuł Wirtualna Polska, bardzo medialne i sensacyjne. Zanim jednak przejdę do analizy ciekawszych aspektów ujawnienia się i wypowiedzi kapitana Graczyka, chciałbym zwrócić uwagę na fakt, iż jego oświadczenie zamieścił na swojej stronie sam Lech Wałęsa (źródło informacji). Tak- ten sam Lech Wałęsa, który, jeśli dobrze pamiętam, opowiadał coś o SB-ckich świstkach i fałszowaniu dokumentów. Jak widać według Wałęsy funkcjonariusze SB fałszowali dokumenty w czasach, kiedy potrzebowali ich do pracy operacyjnej, zaś po zllikwidowaniu komunistycznej służby okazali się nagle ludźmi kryształowo uczciwymi. Ciekawa logika, prawda? Gdyby dalej rozumować w ten sposób, można bez problemu wykazać, że to właśnie SB doprowadziła do upadku PRL- wszak tworzyli ją wspomniani uczciwi ludzie, działający- choćby poprzez fałszowanie dokumentów- na szkodę systemu.

Wracając do meritum- obrońcy Wałęsy twierdzą, że rewelacje Graczyka deprecjonują informacje zawarte w książce "SB a Lech Wałęsa"; sam Wałęsa domaga się wręcz spalenia pozostających w księgarniach egzemplarzy. Ciekawe, czemu nie domaga się spalenia oczyszczającego go wyroku sądu lustracyjnego? Wszak to właśnie sąd lustracyjny stwierdził, że Edward Graczyk nie żyje i na tym oparli swoje w tej kwestii stwierdzenie autorzy książki; skoro obniża się się z tego powodu wartość ich pracy, logiczną jest podobna ocena werdyktu sądu- właściwie ocena dokonań sądu powinna być znacznie surowsza, ponieważ w przeciwieństwie do historyków, sąd miał możliwość sprawdzenia czy Edward Graczyk żyje.

W jaki sposób oświadczenie Graczyka, niepoparte żadnymi innymi przesłankami, będące de facto tylko opisem wspomnień SB-ka może deprecjonować opartą o dokumenty pracę historyczną, dojść nie sposób; w przeciwieństwie do dokumentów, zeznania można zmieniać i wymyślać na poczekaniu, co w oczywisty sposób pomniejsza ich obiektywną wartość. Jeśli uwzględnić towarzyszące sprawie Wałęsy okoliczności, zeznania Graczyka okazują się pozbawione wartości zupełnie.

Po pierwsze, Edward Graczyk nie ponosi właściwie żadnej odpowiedzialności za to, co teraz szumnie oświadcza- nie zeznaje pod przysięgą, nie składa wyjaśnień przed sądem, w związku z czym może mówić, co mu się żywnie podoba. Jego słowa nie znajdują potwierdzenia w dokumentach- kto zwraca na to uwagę? Na pewno nie media.

Po drugie, zauważmy, kiedy Graczyk zmartwychwstał. Nie wtedy, kiedy jego zeznania przydałyby się w czasie rozprawy (pkt pierwszy- wtedy mógłby odpowiadać za swoje słowa). Nie wtedy, kiedy oskarżenia rzucane na Wałęsę opierały się na niejasnych przesłankach i nie były szerzej podnoszone przez media. Graczyk zmartwychwstaje (czy raczej, co samo się narzuca, jest wskrzeszany), kiedy współpraca Wałęsy jest poparta silnymi dowodami historycznymi, a o sprawie wiedzą wszyscy. Zmartwychwstaje i widowiskowo wraca do powoli zamykającego się tematu, przeciw teoriom młodych karierowiczów stawiając zeznanie osoby, która osobiście wszystko widziała (wersja dla mediów), przeciw solidnym dowodom naukowym stawiając wiarygodność byłego SB-ka (rzeczywistość).

Czy przypadkowo można wykonać taką koronkową robotę?

Trzecia sprawa to wszystkie pytania o okoliczności stworzenia (przynajmniej, to wiemy ponad wszelką wątpliwość, na potrzeby procesu lustracyjnego Wałęsy) dokumentów pozwalających wysnuć wniosek, iż Edward Graczyk nie żyje. Kto to zrobił? Wymiar sprawiedliwości? Mające takie możliwości osoby prywatne? Otoczenie Wałęsy? Cenckiewicz z Gontarczykiem tudzież im podobni żyjący odpowiednio wcześniej? Współpracownicy Wałęsy? Któreś ze służb? Sam Graczyk? Po co? Jaka jest rola samego Graczyka? Czy Graczyk to samodzielny rozgrywający czy może pionek? Jeśli pionek, to czyj? Od kogo zależało jego zmartwychwstanie ostatnio? Dlaczego Graczyk zdecydował się wydawać- oficjalnie sam, przez nikogo nieprzymuszany- oczyszczające Wałęsę oświadczenie?

Pytań tego typu można postawić naprawdę sporo.

Rzecz czwarta, niewielka, lecz zasługująca na osobny punkt, to fakt, że Edward Graczyk był oficerem tajnej służby. Oprócz specyficznej mentalności takich ludzi (charakteryzującej się niechęcią do publicznego zdradzania szczegółów pracy, działania bez wyraźnego rozkazu zwierzchnika czy skłonnością do dezinformowania) mamy tu do czynienia z całą masą relacji interpersonalnych, znajomościami, stosunkami zależności, relacjami podwładny-przełożony itp., na dodatek zapewne okraszonych późniejszymi powiązaniami, najogólniej rzecz ujmując, finansowymi. Naiwnością byłoby wszak stwierdzenie, że mafia, jaką była SB w szczególności i władzuchna PRL w ogóle, rozpadła się momentalnie wraz ze zmianą systemu.

Sprawa Edwarda Graczyka to z jednej strony kompromitacja sądów lustracyjnych i wymiaru sprawiedliwości w ogóle- z drugiej zaś klasyczny przykład tworzenia wirtualnej rzeczywistości medialnej, popis potęgi czwartej władzy. Oto widowiskowe, szumne i zupełnie pozbawione merytorycznej wartości oświadczenie zostaje wyartykułowane tak, by wydać się poważniejszym od dobrze udokumentowanej pracy naukowej. Jakiś czas temu postawiłem tezę, że przecież nikt nie broni, by przeciw pracy Gontarczyka i Cenckiewicza, zamiast krzyczeć i obrażać, obrońcy Wałęsy wytoczyli argumenty merytoryczne, oparte na źródłach historycznych. Najwyraźniej jednak takowych nie ma, lub nie ma wśród obrońców Wałęsy wystarczająco kompetentnych historyków, by je odnaleźć. W każdym bądź razie reaktywowanie Graczykawłaśnie teraz dobitnie świadczy o niemożności skonstruowania jakiejkolwiek sensownej obrony Wałęsy i konieczności uczynienia jakiegokolwiek ruchu, mającego zapobiec utrwaleniu się w powszechnej świadomości niewygodnej dla twórców systemu III RP prawdy.

piątek, 20 czerwca 2008

Biskupa Gocłowskiego wiedza transcendentalna

Jak uprzejmie donosi "Dziennik" na swym portalu, na temat książki o Wałęsie wypowiedział się dzisiaj arcybiskup Gocłowski, zwany czasem przez dowcipnisiów "duszpasterzem SLD" tudzież "duszpasterzem GW". Wypowiedź arcybiskupa Gocłowskiego na pewno konkurowałaby do czołówki najśmieszniejszych kwestii ostatnich paru tygodni, gdyby nie fakt, iż całą tą czołówkę wypełniają wypowiedzi samego Wałęsy.

Mimo wszystko warto owoc głębokich przemyśleń gdańskiego biskupa-emeryta przytoczyć, choćby jako dowód, że emerytura nie jest li tylko czczym wymysłem władz kościelnych, ale ma głębokie uzasadnienie jako sposób na, bądź co bądź, ograniczenie bytności podobnych biskupowi Gocłowskiemu w mediach.

Sam fakt zupełnego niezrozumienia idei powstania książki (cytując za podlinkowanym artykułem z "Dziennika": "Zdaniem abp. Gocłowskiego, książka jest atakiem na człowieka, który przyczynił się w ogromnej mierze do uzyskania wolności i suwerenności przez Polskę, ale też do zjednoczenia wschodniej i zachodniej Europy") można by jeszcze biskupowi wybaczyć. Zaznaczyć jednak trzeba, że gdyby przyjąć jego logikę i uznać, że atakowanie Wałęsy to czyn straszny i haniebny, to okazałoby się, że najstraszniej postępuje i największą hańbą okrywa się sam Wałęsa, którego każda prawie wypowiedź wygląda na obliczoną na wyrządzenie sobie jak największej krzywdy.

Wszystko jednak blednie wobec stwierdzenia, że dzieło historyków IPN (nota bene oparta na dokumentach, podczas gdy cała jej krytyka opiera się na "wewnętrznych przekonaniach" obrońców, "symboliczności i pomnikowości" Wałęsy ewentualnie na fakcie, iż autorzy książki mają poglądy polityczne) to książka "publicystyczna, zbyt mocno upolityczniona". Jednocześnie, jak donosi "Dziennik", biskup twierdzi, iż nie zamierza jej nawet czytać.

Proszę Państwa, możliwości są dwie. Albo biskup doznał nagłej iluminacji i otworzyła się przed nim wiedza transcendentna... albo (co przyznam, jest bardziej prawdopodobne) były gdański metropolita postępuje jak każdy postępowy europejski intelektualista- czyli wykształciuch- i wypowiada się autorytatywnie o rzeczach, o których niespecjalnie ma pojęcie, ale wyrobił sobie jedynie słuszne zdanie na podstawie przedstawianych przez odpowiednie media informacji. Ponieważ zaś postępowa europejska inteligencja zbyt bystra nie jest, biskupowi przytrafiła się mała nielogiczność w wypowiedzi... Ale to nic nie szkodzi, kogo obchodzi sens i logika- że nie wspomnę o przyzwoitości- kiedy trzeba wypełniać sojusznicze zobowiązania?

wtorek, 17 czerwca 2008

Lecimy Wielgusem

"Rzeczpospolita" opublikowała fragmenty mającej się ukazać książki Sławomira Cenckiewicza i Piotra Gontarczyka o współpracy Wałęsy z SB. Wynika z nich jasno, że Wałęsa nie pełnił roli zarejestrowanego "dla statystyk" nazwisk, ale donosił i brał za to pieniądze. Poza tym książka zajmuje się działaniami byłego prezydenta na początku lat dziewięćdziesiątych, kiedy przeglądał on i- najpewniej- zdekompletował teczkę z dokumentami na swój temat.

Czas na zajmowanie się meandrami wałęsowskiej współpracy przyjdzie, kiedy książka się ukaże i zawarte w niej dowody można będzie poddać analizie. Dzisiaj ciekawsza jest sama obserwacja zachowania głównego jej bohatera. Gdyby ktokolwiek oskarżał Lecha Wałęsę o słuchanie Radia Maryja, dzisiaj otrzymałby ostateczny dowód na fałszywość takich pomówień- widać bowiem wyraźnie, że Wałęsa najwyraźniej sprawy abpa Wielgusa nie zna, w szczególności nie wie, do jakiej kompromitacji prowadzi przyjęta przez biskupa, a przez byłego prezydenta kopiowana postawa zaprzeczania faktom.

Zachowanie Wałęsy już od jakiegoś czasu przypomina rozpaczliwą obronę abpa Wielgusa, dzisiaj jednak podobieństwo stało się wyjątkowe- tak Wałęsa, jak abp Wielgus szli zaparte w obliczu twardych dowodów, kłamiąc i klucząc. W obu przypadkach sama współpraca blednie wobec niehonorowego, kompromitującego zachowania w sytuacji jej ujawnienia.

Najbardziej jednak uderzającym podobieństwem jest podobieństwo medialnych i społecznych zapleczy "Bolka" i "Greya". Środowiska broniące abpa Wielgusa i Wałęsy charakteryzuje podobne, dogmatyczne podejście do rzeczywistości, wynikające ze ślepej wiary w autorytety (z jednej strony- autorytet o. Rydzyka i kilku jego współpracowników, z drugiej- grono mędrców podpisanych pod sławetnym listem w obronie byłego prezydenta), ignorowanie jakichkolwiek racji przeciwników, pogardliwy do przeciwników stosunek i- przede wszystkim- agresja przebijająca z ich zachowań i wypowiedzi (nadużywające lasek czy parasolek panie z rodzin RM oraz wściekłe tyrady Rydzyka z jednej strony, wysmarowany błotem samochód Cenckiewicza i notoryczne obrażanie i podważanie kompetencji obu historyków z drugiej). Szczególnie paskudnym chwytem są oskarżenia Wałęsy, który twierdzi, że przez pracę historyków wygrywa SB; sam Wałęsa traktuje bowiem oskarżanie siebie o taką współpracę jak przestępstwo mimo, iż historycy przedstawili konkretne dowody- jego słowa zaś nie są poparte niczym, może z wyjątkiem własnego przekonania byłego prezydenta.

Bezrefleksyjność obrońców tak Wielgusa, jak Wałęsy jest wręcz porażająca, bardzo utrudniając rozróżnienie członków obu obozów. Szczęściem zwolennicy Wielgusa chadzają zazwyczaj w beretach- przynajmniej w chłodniejsze dni pozwala to na zorientowanie się, z kim mamy do czynienia.

Lech Wałęsa miał szanse- wiele lat szans- na wyjście ze swej sytuacji z honorem. Jego działania w latach osiemdziesiątych spokojnie mogłyby usprawiedliwić niechlubną kartę wcześniejszej dekady. Niestety, Wałęsa wolał brnąć w kłamstwa i zacierać ślady licząc na brak zainteresowania swoimi dokumentami (?) lub siłę własnej legendy (?)- trudno określić. Być może liczył na osoby, które przeglądały (bezprawnie) archiwa na początku lat dziewięćdziesiątych. Trudno wypowiedzieć się jednoznacznie- pewne jest to, że Lech Wałęsa przegrał z własną przeszłością, a teraźniejsze kompromitacje są tylko tej porażki oznakami.

poniedziałek, 9 czerwca 2008

Wokół sceny (politycznej)

Lechowi Wałęsie nerwy puszczają na całego- jego wypowiedzi są coraz bardziej widowiskowe, wręcz niesiołowskie (że użyję neologizmu). Przy okazji były prezydent obraża przeciwników (gdzie ten oburzony wrzask salonu protestującego przeciw obniżaniu poziomu debaty publicznej?) i kompromituje się na wszelkie możliwe sposoby- choćby zapowiadając, że kto jest Bolkiem ujawni dopiero tydzień po przeczytaniu książki. Świadczy to o tym, że Wałęsa nie wie, kogo o bycie Bolkiem oskarży i nie chce, by jego wersja okazała się rażąco sprzeczna z książkową.

Cała ta sprawa byłaby zdecydowanie bardziej estetyczna, gdyby Lech Wałęsa nie wycofał w czerwcu 1992 notki z PAP; skompromitowałby się znacznie mniej, gdyby przyznał się w dowolnym momencie później. Nawet gdyby przyznał się teraz, przestałby brnąć w bagno- jakkolwiek jesteśmy już na etapie, w którym Wałęsę daleko bardziej skompromitowały ostatnie działania, niż współpraca w latach 70.

Swoją niszę ekologiczną znalazł za to i zagospodarował Mirosław Orzechowski. Zamiast miotać się pod drzwiami sceny politycznej (co ewidentnie zaszkodziło Wałęsie po 1995 roku) zdecydował się robić za narodowego trefnisia. Fizjonomia nawet pasuje, wystarczy, że były poseł LPR użyje paru mocnych barwników... Przyznam, że po porażce z Niemcami nic tak nie mogło poprawić humoru, jak propozycja Orzechowskiego, by odebrać polskie obywatelstwo dwóm czołowym niemieckim zawodnikom- Klose i Podolskiemu. Prawda, jaka słodka zemsta? I to znakomicie dobrana- zapewne bardziej utratą obywatelstwa zmartwiłby się Podolski, bowiem Klose od jakiegoś czasu jawnie sobie na swoje pochodzenie bimba, Podolski zaś usiłuje choć stwarzać pozory "rozdartego wewnętrznie" (że wychodzi to groteskowo, to inna sprawa). Kto zaś nam wbił dwa gole? Ano, Podolski właśnie- niech więc cierpi.

Oczywiście, kwestia czy występy w obcej reprezentacji nie powinny być impulsem do zrzeczenia się obywatelstwa pozostaje otwarta (chociaż pojęcie honoru stało się ostatnio trudne do pojęcia, szczególnie wśród młodych ludzi, więc raczej nie spodziewałbym się, że któryś z niemieckich asów napadu zdecyduje się na choćby jej rozważenie). Tak się jednak składa, że honoru nauczyć się nie da; zresztą nie sądzę, by o to Orzechowskiemu chodziło. Jakby nie patrzeć- Orzechowski jest niezastąpiony. Ciekawe, co wymyśli na otarcie łez po meczu z Austrią?

Ja osobiście mam nadzieję, że będzie musiał zaczekać na Chorwację... Tak się jednak składa, że przeważnie jestem hurraoptymistą.

czwartek, 5 czerwca 2008

Lechowe spotkania kabaretowe

Abstrahując od tego, czy Lech Kaczyński powinien wypowiadać się nt. współpracy Wałęsy z SB przed publikacją mówiącej o tej współpracy książki (to niezbyt ostrożne zachowanie jest jednak w znacznej mierze usprawiedliwione barbarzyńskimi atakami na prof. Zybertowicza i autorów książki) trudno nie zauważyć kompletnej śmieszności dzisiejszej reakcji Wałęsy na słowa prezydenta. Jak twierdzi domniemany Bolek:

W obliczu faktów, prawa i pozycji już to samo powinno być powodem do prawnego w trybie natychmiastowym usunięty z urzędu.

Straszne? Nie, już nie. Śmieszne. Tym bardziej, że wypowiedź Wałęsy kończy się słowami:

Czy z takimi ludźmi, często zastępcami, z takim ładunkiem zawiści, zazdrości, głupoty mogłem osiągnąć więcej ?

Które oprócz tego, że zdradzają znaczne podenerwowanie (już wielokrotnie twierdziłem, że niewinny, nawet jeśli się tłumaczy, to raczej nie histerycznie) są słowami ewidentnie fałszywymi i podszytymi dzisiejszymi osobistymi animozjami Wałęsy. Jest sprawą oczywistą, że miażdżąca większość szeroko pojętej prawicy (praktycznie wszyscy oprócz środowiska UPR) była ślepo zapatrzona w wałęsowską legendę mniej więcej do czasu odwołania rządu Olszewskiego.

Problemem Lecha Wałęsy nie jest kilka lat współpracy z SB czy wynikające z niej "wzmacnianie lewej nogi" za czasów jego prezydentury. Tym, co najbardziej kompromituje byłego prezydenta, jest megalomania, a przede wszystkim zupełne zanegowanie roli innych Solidarnościowców, walczących z czerwoną zarazą w latach 80, ze szczególnym uwzględnieniem tych opozycjonistów, którzy później znaleźli się w innych niż Wałęsa obozach.

Wszystkiemu zapewne winien jest nieprawidłowy rozwój naszego systemu politycznego. Przypomnijmy- Wałęsa wymarzył sobie demokrację... a tu każdy gada co chce.

poniedziałek, 2 czerwca 2008

Nocna hańba

16 lat temu przeprowadzono barbarzyńską akcję. Rząd Jana Olszewskiego został obalony w ciągu jednej nocy, na skutek ujawnienia (do czego zobowiązywała go przyjęta przez Sejm uchwała) listy tajnych współpracowników komunistycznych służb opresji, licznie obsadzonych na stanowiskach w Parlamencie, ministerstwach i Pałacu Prezydenckim. W tym gwałcie na rządzie i Parlamencie udział brali m.in. Lech Wałęsa (znajdujący się wśród ujawnionych przez rząd tajnych współpracowników SB) i Donald Tusk, współdziałając z komunistami z PZPR (wtedy już SLD) i ZSL (wtedy już PSL). W wyniku prac ówczesnego Ministerstwa Spraw Wewnętrznych ujawniono, iż Sejm i Senat naszpikowane były agentami komunistycznych służb, na których wpływać (np. poprzez szantaż) mogli ludzie mający dostęp do tajnych archiwów SB- czyli oficerowie SB oraz członkowie kierownictwa PZPR. Dzięki "nocnej zmianie" realna władza pozostała w rękach komunistów praktycznie do roku 2005 (lata 1997-2001 były tylko w niewielkim stopniu okresem rządów ludzi "Solidarności"- o zachowanie status quo skutecznie dbał prezydent Kwaśniewski i koalicyjna Unia Wolności.

Obalenie rządu Jana Olszewskiego uniemożliwiło budowę zdrowego systemu politycznego w Polsce i jest przyczyną miażdżącej większości patologii, z którymi wciąż (w przeciwieństwie do państw, które lustrację przeprowadziły) się borykamy.

Plakat Walesa2

środa, 21 maja 2008

Prawdziwy heroizm

Apel w obronie Wałęsy. Wreszcie ktoś próbuje dać odpór kampanii nienawiści. Wreszcie ktoś wydał odważne oświadczenie, próbujące położyć tamę szaleństwu. Grupa najwybitniejszych polskich umysłów postanowiła pójść pod prąd.

Sygnatariusze oświadczenia wzywają do "przeciwstawienia się kampanii nienawiści i zniesławienia, która niszczy polską pamięć narodową". Zauważyli przecież Państwo te zmasowane ataki na Wałęsę, wzywające do zrzeczenia się nagrody Nobla i w czambuł go potępiające, wręcz wzywające do popełnienia honorowego samobójstwa. Wszystkie media głośno dopytują o przeszłość Wałęsy, szczują i poszturchują. Były prezydent atakowany jest ze wszystkich stron, prawda? Kampania nienawiści zatacza coraz szersze kręgi, strach, żeby Wałęsa, człek skromny i dobrego serca wytrzymał to psychicznie.

Nie zauważyli Państwo? To trzeba uważniej patrzeć. Tak, jak sygnatariusze apelu.

Idźmy jednak dalej. "Trudno pojąć intencje instytucji i ludzi, którzy podejmują obecnie kampanię oskarżeń i zniesławień wobec Lecha Wałęsy". Jakaż głęboka prawda kryje się w tym prostym zdaniu! Czym bowiem kierują się ludzie, którzy zamiast na okrągło podziwiać Wielkiego Noblistę interesują się jego przeszłością? Zamiast czytać podręczniki wyraźnie mówiące, że Wielki Noblista jest wielki, grzebią w jakichś materiałach o których dokładnie wiadomo, że były tworzone nie na użytek IPNu, ale SB. Co z nich za historycy? Aż zacytuję jeszcze jeden wybitny fragment: "archiwa komunistycznych służb bezpieczeństwa mają stać się instrumentem przekreślenia wizerunku i autorytetu robotniczego przywódcy 'Solidarności'". Otóż właśnie, szanowni Państwo. Wszak wszyscy dokładnie wiedzą, że archiwa te SB przez czterdzieści lat tworzyło tylko i wyłącznie po to, by zdyskredytować Wałęsę i innych działaczy robotniczych. Każdy, kto ośmiela się sugerować, iż zbiory te mogły służyć do czegoś innego czy, nie daj Bóg- zawierają chociaż jedną prawdziwą informację- jest ostatnią szmatą, która lubi babrać się w szambie.

Szmatą zresztą, to mało powiedziane. Światli sygnatariusze apelu wyszukali (za co im serdecznie dziękuję) znacznie lepsze określenie: "policjanci pamięci". Ja to wstrętnie brzmi, prawda? Jak nic pasuje do Cenckiewicza, Gontarczyka i Kurtyki. Obrzydliwe słowo "policjanci" jest jakby dla nich stworzone, jakby tylko dla nich zrezygnowano z mającego tak pozytywne konotacje określenia "milicja". "Policjanci pamięci"... Jakże trafna metafora... Jakież brzmienie... Sami Państwo przyznajcie- "strażnicy miejscy pamięci" brzmiałoby znacznie gorzej. Widać, że jedną z osób podpisanych pod apelem jest wybitna poetka, laureatka literackiej nagrody Nobla.

Obrzydliwi ci policjanci stosują "pełne nienawiści metody tamtych czasów". Tak, proszę Państwa. To prawda Cenckiewicz z Gontarczykiem wskrzeszają stosowane przez SB środki walki z przeciwnikami politycznymi. Badają teczki i ujawniają zawarte w nich materiały, zupełnie jak SBcy. Tylko czekać, jak złapią Wałęsę i pozrywają mu paznokcie.

Gontarczyk z Cenckiewiczem to nie tylko policjanci. To także gwałciciele. "Gwałcą prawdę i naruszają fundamentalne zasady etyczne". Sam widziałem, jak na którejś z konferencji prasowych Gontarczyk był tak jakoś obleśnie uśmiechnięty, ale nie wiedziałem, że to dlatego. Na szczęście nasza elita intelektualna czuwa i obserwuje. Tfu, zboczeńcy z IPN! W ogóle nie mają nad tą prawdą litości; a ona wszak, bidulka, nie dość że nie ma oparcia w rzeczywistości, to jeszcze jest powszechnie i jedynie obowiązująca- to chyba powinno wystarczyć, by kulturalni ludzie, intelektualiści zostawili ją w spokoju... Poza tym powszechnie wiadomo, że nadmiar informacji zabija prawdę.
Ale czego się spodziewać po policjantach?

Bardzo się cieszę, że ktoś wreszcie powiedział "dość". Szczególnie, że powiedziała to niezależna elita, takie tuzy jak Adam Michnik, Wisława Szymborska, Józef Pinior (któremu niewątpliwie szczególnie bliski jest wspomniana w tekście apelu wizerunek Polski- dawał temu wyraz działając w Parlamencie Europejskim) czy Andrzej Wajda (antysystemowy buntownik jeszcze z czasów stanu wojennego). Same prężne umysły znane z obiektywizmu i politycznej niezależności, że o doświadczeniu w walce z komunizmem nie wspomnę. Co poniektórzy poświęcili w tej walce nawet własne wątroby.

Jak widać, mamy jeszcze w kraju bohaterów, którzy są w stanie zaryzykować własną popularność, by własnym podpisem heroicznie bronić uciśnionych i zaszczutych.

niedziela, 18 maja 2008

(Auto)obalanie autorytetu

IPN przygotowuje książkę o kontaktach Lecha Wałęsy z bezpieką. Jak zapowiadają autorzy, w książce mają znaleźć się nieznane dotąd dokumenty tych kontaktów dotyczące.

Trudno, nie przeczytawszy książki, określić czy materiały w niej zawarte świadczą o np. domniemanej współpracy Wałęsy z SB, a jeśli tak- czy są wystarczająco mocne, by taką współpracę wykazać. W ogóle wypowiadanie się na temat zapowiadanej publikacji jest co najmniej ryzykowne, tym bardziej więc dziwią bardzo zdecydowane, zawierające jasno określone stanowisko wypowiedzi co poniektórych polityków.

Sam Wałęsa zachowuje się jak zwykle- chaotycznie, arogancko- śmiesznie po prostu. Wszelkie sugestie o skazach na swojej opozycyjnej przeszłości kwituje stwierdzeniami w stylu tyleż literacko-patetycznym, co pozbawionym treści ("aby tym sposobem wielkie zwycięstwo polskiego Narodu pod moim przewodem zostało w oczach świata zachlapane błotem bezpieki" [tutaj]), zahaczajac czasem o swoje bohaterstwo ("I to ja obaliłem komunizm, a nie Wyszkowski "*). Efekt końcowy byłby komiczny, gdyby nie był żałosny.

Lech Wałęsa swoim zachowaniem bardziej niż ktokolwiek inny przekonuje, że był współpracownikiem SB. Naród nie wie, co może znaleźć się w książce na jego temat (może się ewentualnie domyślać)- Wałęsa, jako bezpośredni świadek wydarzeń niewątpliwie ma świadomość, jakie dokumenty na jego temat mógł znaleźć IPN. Prezentowana przez niego nerwowość (żeby nie powiedzieć- panika) to bardzo mocna poszlaka wskazująca na siłę tych materiałów. Trudno bowiem domniemywać, że cały spektakl, którego Lech Wałęsa jest głównym aktorem, ma na celu tylko i wyłącznie zwrócenie uwagi na powoli zapominanego polityka; inaczej mówiąc- mało prawdopodobnym jest, by Wałęsa wykorzystywał publikację jako okazję do "polansowania się" (jak mawiają moi kuzyni z gimnazjum). Zbyt ryzykowny byłby to "lans", pominąwszy fakt, że zupełnie do Wałęsy nie pasujący.

Oczywiście, samo zachowanie byłego opozycjonisty nie świadczy o jego winie w 100 procentach- po prostu mocno ją sugeruje.

W obronie Wałęsy wystąpili też (kto by parę lat temu pomyślał?) komuniści; nie byle jacy zresztą, ale reprezentujący dwie najbardziej betonowe, postkomunistyczne partie: Ryszard Kalisz (SLD) oraz Stanisław Żelichowski (PSL). Jak stwierdził Kalisz, publikacja IPN jest "atakiem" na Wałęsę (ciekawe, skąd Kalisz ma informacje o "ataku"... przeczytał już książkę?), a IPN zachowuje się, publikując książkę, skandalicznie. Czerwona mentalność z Ryszarda Kalisza wyłazi; stawiam śliwowicę przeciw mineralnej, że publikację skomentuje w arcymerytorycznym stylu "to jest obrzydliwy polityczny atak", nie kłopocząc się o racjonalne argumenty.

Co powiedział jednak Kalisz, to powiedział. W sumie nie wyraził niczego zaskakującego, a tylko dokładnie to, czego można było się po nim spodziewać. Na szczyty pokrętnej retoryki wspiął się za to Żelichowski. Cytat "Mamy mało autorytetów w państwie, wszystkie już próbowaliśmy zniszczyć i autorytet Wałęsy teraz też się próbuje niszczyć. To totalny skandal." (Radio Zet "Siódmy Dzień Tygodnia") jest kwintesencją salonowej mentalności, bezrefleksyjnego podejścia czerwonych "notabli" do rzeczywistości (nie chcę używać cisnącego się na usta określenia "tępy mulizm", ponieważ słowo "mulizm" jest neologizmem).

Proszę zwrócić uwagę na sedno argumentacji Żelichowskiego- nie ruszajmy Wałęsy, bo to jeden z ostatnich "autorytetów" (czerwona mentalność musi mieć kolektywne, czyli uznawane przez wszystkich autorytety, bez powoływania się na które ginie jako podmiot myślący). Z punktu widzenia rozumnego człowieka autorytetem jest osoba, która sobie na takie miano w jakiś sposób zasłużyła i nie przyćmiła swych zasług zachowaniem niegodnym; myślący człowiek sam dobiera sobie autorytety i nie narzuca ich innym. Autorytety "zbiorowe" kreowane są, kiedy ta sama osoba zostanie uznana za autorytet przez wielu ludzi (Jan Paweł II).

Niestety, znaczna część polskich "elit" politycznych (co nie dziwi) i publicystycznych (co dziwi) wyznaje (przyznać trzeba, wygodny, bo nie zmuszający do refleksji) czerwony kult kolektywnych autorytetów. Ot, po prostu ktoś mówi, że ktoś inny jest autorytetem i tak się staje. Od tej chwili nie ma już znaczenia, co dany autorytet robił (i robi), czy jego zasługi nie stają się z czasem coraz bardziej wątpliwe, czy jego zachowanie nie nakazuje zaliczyć go raczej w poczet ludzi niezrównoważonych... Wszelkie zaś próby zwrócenia na takie sprawy uwagi kończą się histerycznymi zachowaniami podejmowanymi w obronie coraz bardziej wątpliwych zasług odgórnie ustanawianych "autorytetów".

I to, proszę Państwa, jest podstawowy problem naszej dyskusji publicznej. Dopóki wszyscy nie zrozumieją, że na swój autorytet pracuje się całe życie i nie ma czegoś takiego jak dożywotniość tego statusu, dopóki nie stanie się jasne, że słowa autorytetów (a szczególnie "autorytetów") nie są tylko wyrocznią, ale też służyć mogą do weryfikacji autorytetu- dopóty nie będziemy mieli w Polsce wolnej debaty świadomych dyskutantów ani legendarnego "społeczeństwa obywatelskiego".

Obawiam się jednak, że co poniektórym właśnie na tym zależy.

_____________________________________________

*Cytat dotyczy odnalezienia przez K. Wyszkowskiego świadka, który twierdził, że Wałęsa przysięgał lojalność SB "na krzyżyk". Wyszkowski znalazł świadka, ale Wałęsa od razu znalazł kontrargument- "ja obaliłem komunizm". Licentia Michnica.