Pokazywanie postów oznaczonych etykietą PO. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą PO. Pokaż wszystkie posty

środa, 15 października 2008

Kiedy kończy się polityk

Spór pomiędzy premierem i Prezydentem (od jakiegoś czasu coraz wyraźniej przechodzący w prezentację ogólnego niezadowolenia premiera) tak obfituje w, powiedzmy, widowiskowe sytuacje, że wydawałoby się- nic nie jest w stanie specjalnie zaskoczyć czy wzburzyć. Dzisiaj jednak premier się postarał; jak donosi Wirtualna Polska (tutaj), kiedy ustępujący miejsca ministrowi Rostowskiemu Prezydent poprosił Tuska o poinformowanie go, kiedy omawiane będą znów tematy polityczne, spotkał się z ciętą ripostą: "prosić to ty sobie możesz".

Trudno powiedzieć, czy ze strony premiera jest to sposób na budowanie wizerunku; owszem, niewykluczone- być może premier postanowił pokazać, że jest nie tylko cudowny, ale też twardziel- i uznał, że najłatwiej pokazać ten rys posługując się chamstwem. Jeśli tak- obawiam się, że PR-owcy premiera popełnili drobny błąd.

Znacznie bardziej jednak prawdopodobne jest, że Tusk, wyprowadzony z równowagi uporem prezydenta (symptomy zdenerwowania premier zdradza wszak od jakiegoś czasu, sięgając po przedszkolnej klasy środki mające na celu utrudnienie życia Głowie Państwa) po prostu chlapnął powyższą kwestię z tzw. "głębi serca", dawszy się ponieść emocjom.

Istnieją obserwatorzy sceny politycznej dopatrujący się w działaniach polityków pobudek wynikających z ich charakterów. Rzecz jasna, obserwatorzy ci rację mają tylko sporadycznie- polityka to nie skoki narciarskie, w których element psychologiczny jest istotny. W dzisiejszych czasach polityka to starannie reżyserowany spektakl, w którym nie ma miejsca na nieplanowe okazywanie emocji czy poddawanie się chęciom tudzież intuicji. Tworzone na użytek społeczeństwa "profile psychologiczne" polityków są tylko kreacją służącą określonym celom.

Oczywiście zdarzają się sytuacje, kiedy wspomniani wyżej obserwatorzy rację mają. Co poniektórzy politycy nie są w stanie realizować założonego scenariusza, "idą na żywioł". Problem w tym, że w takiej sytuacji szybko przestają być politykami, a w najlepszym razie lądują na politycznym marginesie jak, nie przymierzając, Janusz Korwin-Mikke.

Niewykluczone, że w przypadku premiera mamy do czynienia z początkiem takiego właśnie scenariusza*.

_____________________________________

Jest to prawdopodobne tym bardziej, że w Brukseli obecny jest nie tylko jeden potencjalny kandydat Tuska w elekcji roku 2010. Pośród sporów na linii premier-Prezydent dziwnie ginie** Radosław Sikorski- a to właśnie jego osoba jest w tej chwili dla premiera najbardziej uciążliwa.

**Swoją drogą całkiem interesująca możliwość- prowokowanie przez otoczenie Tuska awantur, by odwrócić uwagę od szefa MSZ... Gra ryzykowna, ale nie pozbawiona sensu (przynajmniej do czasu, kiedy- z uwagi na kompromitowanie się Tuska- pozostawanie w cieniu będzie dla Sikorskiego korzystne).

sobota, 9 sierpnia 2008

Łódź przeprasza za Niesiołowskiego


Obrazek wykonał i w większości wymyślił Spitfire, moje jest tylko hasło "Łódź przeprasza za Niesiołowskiego".

niedziela, 15 czerwca 2008

A gęby sobie wytrzemy. Demokracją.

Jeśli ktoś miał jeszcze złudzenia co do jakości polityki prowadzonej przez Platformę Obywatelską, to dzisiaj, po publikacji "Newsweeka", te złudzenia powinny zostać rozwiane. Partia Schetyny, korzystając z upływu terminu działalności Komisji Weryfikacyjnej WSI, odsuwa aktualnie weryfikującą ekipę (co ewentualnie dałoby się zrozumieć, a ze względu na powiązania Platformy z dawnym UOP daje się zrozumieć bardzo dokładnie) i robi to w sposób wyjątkowo prostacki, z pominięciem drogi parlamentarnej.

Weryfikacja żołnierzy WSI jest regulowana przez ustawę o rozwiązaniu WSI. Według niej, funkcjonariusze służb wojskowych po pozytywnym zweryfikowaniu przez komisję weryfikacyjną mogą podjąć pracę w nowych służbach. Platforma Obywatelska nie zamierza zmieniać ustawy- wymagałoby to debaty i głosowania w Sejmie, co uniemożliwiłoby załatwienie sprawy po cichu, poza tym ustawa najpewniej zostałaby zawetowana przez prezydenta. Zamiast więc trudzić się nieistotnymi sejmowymi procedurami, Platforma postanowiła rzecz rozwiązać za pomocą rozporządzeń MON.

Działacze PO chcieliby być może uzasadnić takie podejście spodziewanym vetem prezydenta i brakiem czasu, niestety, tego zrobić nie mogą- w dyskusji na temat veta szybko okazałoby się bowiem, że sprzeciw prezydenta wobec pomysłów PO nie jest spowodowany czystą złośliwością, ale wynika z faktu, iż ustawa, którą prezydent w 2006 roku podpisał istotnie różni się od ostatnich pomysłów partii rządzącej. Główną zmianą, którą po cichu chce przepchnąć PO, jest połączenie weryfikacji "starych" funkcjonariuszy z kwalifikacją nowych kandydatów. Dość wyraźnie kłóci się to z obowiązującą ustawą i pokazuje przy okazji- a szczególnie w połączeniu z wczorajszymi wypowiedziami Tuska na zupełnie inny temat (referendum w Irlandii)- stosunek Platformy do demokracji czy roli parlamentu. Gardłująca przeciw wydumanym zagrożeniom demokracji za poprzednich rządów partia Schetyny teraz dokonuje zupełnie realnych nadużyć czy to wprost zachęcając do łamania demokratycznych procedur WE (kombinowanie, jakby tu przepchnąć traktat z Lizbony) czy to bezczelnie obchodząc obowiązującą ustawę. Swego czasu politycy PO oskarżali Jarosława Kaczyńskiego o polityczny makiawelizm; teraz okazuje się, że po prostu chcieli widzieć swoje wady w głównym przeciwniku politycznym... Wszak własne wady są dla ludzi najbardziej denerwujące i uważane za najbardziej kompromitujące dla przejawiających choćby ich ślady (czy sugestie) przeciwników.

czwartek, 12 czerwca 2008

Panie premierze, jest nadzieja!

Niedaleko Florencji włoscy przyrodnicy wykryli jednorożca. Jednorożec, jak widać na załączonym obrazku, jest młody i całkiem ładny, przypominając z wyglądu sarnę. Jak wiadomo, jednorożce (tak jak i obiecane przez Słoneczko Peru i Kaszub cuda) nie występują szczególnie często, wręcz przeciwnie, pojawiają się na świecie sporadycznie- zatem manifestację bydlęcia z jednym rogiem na czubku głowy spokojnie można uznać za jasny znak, iż nawet cud Platformy jest możliwy.

Jest to teza uzasadniona tym bardziej, że jednorożca z rządem Tuska łączą także inne cechy. Ot, choćby bliskość gatunkowa z powszechnymi w rządzie jeleniami i łosiami. Poza tym, jak twierdzą naukowcy, powstanie jednorożca jest wynikiem wady genetycznej, mutacji- czyli zupełnie jak powstanie aktualnych poglądów Platformy, będących efektem mutacji poglądów wyznawanych przez tą partię przed jeszcze trzema laty. Więcej- jak twierdzi Fulvio Fraticelli, ekspert z zoo w Rzymie, miejsce, z którego wyrasta ten róg może być efektem urazu, jakiego mogła doświadczyć ta sarna. Taka zbieżność nie może być przypadkowa, wszak aktualna linia Platformy też powstała na skutek urazu- kto nie pamięta jesieni roku 2005?

Jak widać, wszystko wskazuje na to, że cud jest bliski.

środa, 11 czerwca 2008

Dokąd płynie Ponton?

Postać prezesa TVP Andrzeja Urbańskiego, przyznam szczerze, nie budzi mojej szczególnej sympatii. Urbański- na pierwszy rzut oka współpracownik braci Kaczyńskich- jest w rzeczywistości bardzo samodzielnym i skrajnie wyrachowanym graczem, posiadającym rozległe (momentami koszmarne) powiązania. Dzisiaj "Ponton" stał się bohaterem publikacji portalu "Dziennik" ze względu na spekulacje na temat możliwości wejścia postkomunisty Dubaniowskiego do zarządu TVP.

Być może moja niechęć do Urbańskiego spowodowana jest okolicznościami, jakie towarzyszyły jego obsadzeniu na stanowisku prezesa TVP. Bronisław Wildstein nadawał się na szefa publicznej telewizji jak mało kto. Nie ma sensu wychwalanie jego osoby; dość, że taki prezes gwarantował niezależność telewizji bez względu na polityczne zawieruchy. Zastąpienie Wildsteina Urbańskim było posunięciem zdecydowanie głupim, zresztą zemściło się na Jarosławie Kaczyńskim, kiedy Andrzej Urbański (wraz z całą TVP) aktywnie włączył się w kampanię wyborczą Platformy (akcja "idź na wybory") i walnie przyczynił do porażki swego protektora. Nie chcę snuć spiskowych teorii, trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że Andrzejem Urbańskim nie powodowała wtedy głupota.

Urbański jest bowiem człowiekiem na swój sposób niezależnym i swoją niezależność ceniącym. Oczywiście jest to niezależność inna, niż niezależność np. Wildsteina. Obrazowo porównać można te dwie postaci do pływających po morzu statków (lub, tradycyjnie "Pontona" Urbańskiego, do pontonu)- tyle, że Wildstein płynie obranym przez siebie kursem, podczas gdy Urbański dryfuje z prądami, z którymi mu akurat dryfować wygodnie.

Wydawać by się mogło, że aktualny prezes TVP, agitując w czasie kampanii wyborczej 2007 przeciw PiS podcina gałąź, na której siedzi; kojarzony mimo wszystko z partią Kaczyńskich. Z punktu widzenia PO związanie Urbańskiego jako szefa TVP z PiS jest oczywiście korzystne, pozwala bowiem na lansowanie platformerskiej wizji rządów Jarosława Kaczyńskiego; wątpliwe, by Andrzej Urbański liczył na powyborczą wdzięczność Tuska- jeśli nawet, to alternatywny scenariusz opracowany miał perfekcyjnie.

Paradoksalnie porażka wyborcza PiS okazała się dla Urbańskiego korzystna. Jarosław Kaczyński, nawet jeśli miał do swego byłego protegowanego pretensje o wsparcie wroga, nie mógł pozwolić sobie na uzewnętrznienie uczuć- on sam przestał być premierem, Urbański zaś wciąż zajmuje jedno z kluczowych stanowisk w państwie. Odrzucony przez PO znów może być wykorzystywany jako sojusznik PiS- tym razem jednak to on rozdaje karty i mimo zapędów Platformy potrafi utrzymać się na stanowisku tym bardziej, że ma pełne wsparcie PiS i prezydenta (jakikolwiek inny prezes TVP będzie oczywiście dyspozycyjny wobec PO, lepiej więc postawić na krnąbrnego, ale przez PO nielubianego Urbańskiego).

Obiektywnie patrząc, wziąwszy pod uwagę obecne warunki, trudno dostrzec lepszego niż Urbański kandydata na stanowisko prezesa TVP. Każdy wskazany przez PO będzie oczywiście prorządowy- Tusk nie pozwoli sobie na kogokolwiek niezależnego, obojętne, czy będzie to niezależność w stylu Wildsteina, czy specyficznie pojmowana niezależność typu Urbańskiego; weźmie miernego i wiernego, kierując się kryteriami analogicznymi do tych, które stosował dobierając swoich ministrów. Więcej zaś prorządowych mediów to mniej pluralizmu. Urbański, choć gra po tej samej stronie co PiS, w gruncie rzeczy nie gra z PiS w jednej drużynie. Do specyficznie pojmowanej niezależności dołożył swoistą apolityczność- w tym sensie, że nie jest zależny od żadnej siły politycznej (choć jest siła polityczna w pewnej mierze zależna od niego). Mimo wszystko wypada taką sytuację docenić, można też pośmiać się pod wąsem z sytuacji, w której rząd jest bardziej antytelewizyjny, niż telewizja antyrządowa.

Jak więc widać, zagrywki zmierzające do zainstalowania w radzie nadzorczej TVP Waldemara Dubaniowskiego (czy wcześniej wstawienie do Rady Programowej Gadzinowskiego) to zagrywki Urbańskiego, który wykorzystuje niemoc PiS do utrzymania się na stołku. Dla Prawa i Sprawiedliwości zmiana prezesa TVP byłaby równoznaczna z rozszerzeniem antyPiSowskiego jazgotu z mediów prywatnych na telewizję publiczną (czyli właściwie jazgot objąłby całą telewizję- w tym medium pluralizm zostałby ostatecznie wyeliminowany). PiS zrobi wiele, by do tego nie dopuścić- lepsza jest, jak już wspomniałem, specyficznie niezależna telewizja Urbańskiego niż kolejna tuba propagandystów Tuska.

Urbański, gracz doświadczony i bezwzględny, nie omieszkuje się tego wykorzystywać i konsekwentnie buduje swoją pozycję. Pytanie tylko, co zamierza z tak przygotowanego stanowiska osiągnąć- nie podlega wątpliwości, że jako pierwszy samowładny szef TVP ma olbrzymie pole manewru.

poniedziałek, 2 czerwca 2008

Nocna hańba

16 lat temu przeprowadzono barbarzyńską akcję. Rząd Jana Olszewskiego został obalony w ciągu jednej nocy, na skutek ujawnienia (do czego zobowiązywała go przyjęta przez Sejm uchwała) listy tajnych współpracowników komunistycznych służb opresji, licznie obsadzonych na stanowiskach w Parlamencie, ministerstwach i Pałacu Prezydenckim. W tym gwałcie na rządzie i Parlamencie udział brali m.in. Lech Wałęsa (znajdujący się wśród ujawnionych przez rząd tajnych współpracowników SB) i Donald Tusk, współdziałając z komunistami z PZPR (wtedy już SLD) i ZSL (wtedy już PSL). W wyniku prac ówczesnego Ministerstwa Spraw Wewnętrznych ujawniono, iż Sejm i Senat naszpikowane były agentami komunistycznych służb, na których wpływać (np. poprzez szantaż) mogli ludzie mający dostęp do tajnych archiwów SB- czyli oficerowie SB oraz członkowie kierownictwa PZPR. Dzięki "nocnej zmianie" realna władza pozostała w rękach komunistów praktycznie do roku 2005 (lata 1997-2001 były tylko w niewielkim stopniu okresem rządów ludzi "Solidarności"- o zachowanie status quo skutecznie dbał prezydent Kwaśniewski i koalicyjna Unia Wolności.

Obalenie rządu Jana Olszewskiego uniemożliwiło budowę zdrowego systemu politycznego w Polsce i jest przyczyną miażdżącej większości patologii, z którymi wciąż (w przeciwieństwie do państw, które lustrację przeprowadziły) się borykamy.

Plakat Walesa2

piątek, 30 maja 2008

Czy Platforma będzie rządzić wiecznie? Część 2: Szum. Śpiący elektorat.

Jak łatwo wyczytać z ostatnich sondaży, poparcie dla PO spada. Jeszcze kilka tygodni temu podchodzące pod 60% ograniczyło się teraz do 40-45%. Wszyscy (prawie wszyscy) węszą dalszy spadek poparcia partii Schetyny, zachodzące zjawiska różnie jednak tłumacząc. Racji nie mają oczywiście ci, którzy przyczyn spadku popularności PO dopatrują się w braku jakichkolwiek efektów pracy rządu- o tym, że efektów nie ma, przeciętny ankietowany nie wie, zaś domyślać się nie może, ponieważ warunki życia w ciągu ostatniego półrocza pozostają na (jak na Polskę) wysokim, osiągniętym przez poprzedni rząd poziomie. Dopiero rosnące ceny benzyny mogą- choć nie muszą- wzbudzić wśród elektoratu refleksję skłaniającą do skonfrontowania wyborczych obietnic z rzeczywistością. Powód spadku notowań jest prozaiczny- powoli, pomimo nadmuchiwania przez reżymowe media prywatne*, opada powyborczy entuzjazm. Ludzie zwyczajnie przestają interesować się polityką, która w okresie pomiędzy igrzyskami (elekcjami) robi się dość nudna. Obserwowany spadek poparcia jest tylko i wyłącznie korektą, która doprowadzi słupki Platformy (reszty partii, choć w mniejszym stopniu, także) do rzeczywistego poziomu, wynoszącego około 25% (wszystko, co ta partia zdobywa ponad tą liczbę, to głosy uzyskiwane dzięki, najogólniej biorąc, grze na emocjach; w zeszłych wyborach na przykład dzięki przekonaniu ludzi, że Kaczyńscy są "be").

W jednym z ostatnich wywiadów Rafał Ziemkiewicz stwierdził, że tak naprawdę PiS nie zostało pokonane przez PO, ale przez koalicję medialną, którą Ziemkiewicz nazywa "Orkiestrą". To ze strony Ziemkiewicza wyjątkowa uprzejmość; mimo wszystko ucieszyłem się, przeczytawszy wywiad, ponieważ "Orkiestra" Ziemkiewicza podobna jest w tym punkcie do "szumu" (pojęcia tego używaliśmy w czasie dyskusji z MSem na forum IVRP.pl dla scharakteryzowania zachowania większości polskich mediów w okresie przedwyborczym). Co prawda analogie szybko się kończą- Ziemkiewicz traktuje "Orkiestrę" jak w miarę samodzielny, decydujący w swoich ruchach organizm, podczas gdy "szum" wywoływany jest w określonym celu i żadnej samodzielności za sobą nie niesie- jednak cieszy fakt, iż upowszechnia się patrzenie na grupę mediów przez pryzmat ośrodka politycznego.

Nasz "szum", choć częściowo samodzielny (np. pożyteczni idioci), jest w gruncie rzeczy hałasem tworzonym i wykorzystywanym do negatywnego wpływania na opinię publiczną. Negatywnego, ponieważ- jak można było zauważyć przed wyborami- szum nie miał za główny cel promocji, ale obrzydzenie poprzez skojarzenie kogoś (głównie PiS) ze sobą. Inaczej mówiąc- wokół przeciwników politycznych należące do przeciwnego obozu media tworzyły szum o szczególnym natężeniu; jego treść nie była istotna, jeśli tylko brzmiała nieprzyjemnie i odpowiednio skutecznie męczyła i zniechęcała do ofiary. "Szum" jest bronią skuteczną głównie dzięki temu podziałowi sceny politycznej na PO i PiS, wskutek czego wszystkie czynniki uderzające w jedną z tych partii automatycznie działają w interesie drugiej.

Dzięki temu właśnie przegrywająca przez całą kampanię w sondażach PO w ciągu dwóch-trzech ostatnich tygodni kampanii była w stanie odrobić stratę do PiS i zyskać całkiem dużą przewagę w ostatecznym wyniku. Prosty mechanizm- atakowane ze wszystkich stron PiS stanowiło centrum kampanii wyborczej całymi tygodniami; potrafiło zebrać elektorat (wynik osiągnięty przez tę partię mimo wszystko był całkiem niezły), jednak "szum" rozlegający się wokół tej partii skutecznie potęgował niechęć wśród ludzi zwykle niegłosujących i niezdecydowanych. PiS było postrzegane jako partia męcząca, o której wciąż rozmawia się na nieprzyjemne tematy. Ta niechętna część społeczeństwa, zmanipulowana szumem, nadawała się do zagospodarowania; myślę, że gdyby np. koalicja czerwonych w porę zorientowała się, co jest grane i mocno uderzyła w struny, na których zagrała nieznacznie później Platforma (kampania miłości i drugiej Irlandii) wyniki wyborów mogłyby być zupełnie inne.

Wyżej opisany sposób zdobywania elektoratu sprzyja osiąganiu wysokich słupków, nie sprzyja jednak trwałemu ich utrzymaniu. W tej chwili obserwujemy odpływ zapadających powoli w międzyelekcyjny sen wyborców PO, być może podświadomie rozczarowanych faktem, iż uciążliwy szum, wbrew zapowiedziom PO, nie zanikł wraz z klęską PiS; zaniknąć oczywiście nie mógł, bowiem duszna atmosfera wokół przeciwników jest składającemu się z Platformy, mediów i kół biznesowych obozowi politycznemu bardzo na rękę. Poparcie partii rządzącej spada, lecz poparcie dla innych ugrupowań nie rośnie. Dzięki szumowi utrzymuje się wrażenie "złego PiS"; w odpowiednim momencie PO znów wyskoczy z "Irlandią" i słupki podskoczą.

Bo manipulowanie szumem to sugerowanie, iż szum ucichnie- ludzie zaś zawsze mają nadzieję, że w końcu będą mieli święty spokój.

__________________________________________________

*Właśnie, sprawdzając tekst, dostrzegłem piękno sformułowania.

Klaps

Donald Tusk oświadczył, że Platforma pracuje nad wprowadzeniem całkowitego zakazu bicia dzieci (źródło). Jeśli zakaz zostanie wprowadzony, będzie jednym z najbrutalniejszych gwałtów na prywatności od wielu lat.

Znęcanie się nad dziećmi bezdyskusyjnie jest poważnym problemem. Niekoniecznie trzeba powoływać się na przypadki, kiedy dzieci giną na skutek zadawanych przez zwyrodniałych rodziców (zwykle nie tyle zresztą rodziców, co ich aktualnych partnerów) obrażeń. Wiele dzieci bitych jest z błahych powodów lub niewspółmiernie do popełnionych (lub wydumanych) win. Nikt, powtarzam, nikt przy zdrowych zmysłach nie zaprzecza, że problem istnieje, jednak rozwiązywanie go przez wprowadzanie absolutnego zakazu bicia z jednej strony w żadnym wypadku nie zapobiegnie prawdziwej, groźnej dla dzieci przemocy (uderzy tylko w normalne rodziny, w których znakomitej większości stosowane są kary cielesne i które w żadnym wypadku nie mogą być uznane za patologiczne) z drugiej zaś strony da państwu niebezpieczne narzędzie, pozwalające na inwigilację i wpływ na praktycznie każdego posiadającego rodzinę człowieka.

Premier słusznie (tak, czasem mu się zdarza) zauważył, że bicie dzieci świadczy o bezradności rodziców. Owszem, rodzice którzy potrafią dziecko wychować, zwykle nie muszą uciekać się do kar cielesnych*. Bicie świadczy o porażce wychowawczej, o nieumiejętności innego wyjścia z sytuacji. Jednak nie samo bicie jest porażką, ale fakt, że rodzic nie miał innego wyjścia, niż odwołać się do kary cielesnej. W taiej sytuacji kara fizyczna może okazać się jedynym sposobem na zapobiegnięcie jeszcze większej porażce. Jeśli rodzic nie potrafi inaczej zapobiec np. przemocy, jakiej dziecko dopuszcza się wobec rówieśników, lepszym wyjściem jest kara cielesna niż wychowywanie potencjalnego bandyty; jeśli dziecko pije alkohol, lepiej żeby dostało lanie, zanim wpadnie w nałóg, jeśli podkrada pieniądze z rodzicielskiego portfela, lepszym dla niego wyjściem jest dostać w skórę, niż iść do domu poprawczego za następujące zwykle z czasem inne kradzieże- i tak dalej. Jeśli rodzic nie potrafi poradzić sobie inaczej, lepiej, by poradził sobie rózgą- alternatywy bowiem zawsze są opłakane (czy to opisane powyżej przykłady, czy rozbicie rodziny na skutek "opiekuńczości" wykazywanej przez aparat państwowy).

Nie wszyscy rodzice- wręcz przeciwnie, bardzo nieliczni- potrafią tak wychować dziecko, by porażkom zapobiec. Niektórym brakuje dojrzałości (sami są dziećmi) innym konsekwencji (tygodniowe kary kończą się po godzinie) jeszcze innym czasu, który poświęcają na zapewnienie rodzinom bytu materialnego. Przyczyny są różne. Na ich końcu jest, jak powiedział premier, bezradność- problem w tym, że jeśli nie zapobiegnie się tej bezradności, skutki mogą być opłakane. Czasem jedynym wyjściem jest klaps.

Niezwykle istotny jest przy tym wszystkim fakt, iż przemoc "wychowawcza" (czyli klapsy wynikające z porażek wychowawczych, klapsy będące karami za realne przewiny) praktycznie nigdy nie prowadzi do poważnych obrażeń czy śmierci dziecka; co najwyżej zostawia ślady w postaci czerwonych pasków na służących do siadania okolicach ciała. Prawdziwym problemem jest przemoc wynikająca z agresji wykazywanej przez niektórych rodziców, głównie (choć nie tylko) pod wpływem alkoholu. Przemoc taka obecna jest w znikomym odsetku rodzin, jest za to dużym problemem ze względu na szkody, jakie czyni swoim ofiarom. Całkowity zakaz bicia dzieci nie jest w żadnym wypadku na taką przemoc ukierunkowany; z punktu widzenia tego typu ustawy podobnie traktowany będzie ojciec, który po ciężkim dniu wróci do domu i ukarze dziecko za grzebanie w jego portfelu, jak alkoholik, bijący dzieciaka po pijanemu bez żadnego powodu czy sadysta czerpiący z podobnych praktyk przyjemność. Ponieważ zaś ojców po ciężkim dniu pracy jest znacznie więcej niż alkoholików i sadystów, to właśnie wobec nich najczęściej działać będzie ustawa.

Niestety, nie to jest największym zagrożeniem płynącym ze strony zapowiadanej przez Tuska regulacji. Całkowity zakaz bicia dzieci jest, wobec powszechności posiadania potomstwa i wyjątkowej pozycji rodziny bardzo poważnym zagrożeniem dla wolności obywatelskich, daje bowiem państwu możliwość ingerowania w najbardziej prywatną sferę każdego, kogo ktoś podejrzewa (lub pomówi) o danie dziecku klapsa. Czyli, nie oszukujmy się, każdego kto posiada rodzinę- każde dziecko przecież czasem płacze (to już nasuwa podejrzenie, ze zostało uderzone), każde może mieć na ciele siniaka czy otarcie (cóż z tego, że są to obrażenia wśród dzieci powszechne z oczywistych względów). Zakaz zapowiadany przez Tuska daje państwu potężne narzędzie, którego bardzo łatwo nadużywać- jeśli nawet przyjąć, że samo nie jest nadużyciem. Można wykorzystywać go w walce politycznej, można za jego pomocą szantażować niewygodnych biznesmenów, można użyć do kompromitowania niewygodnych dla jakichś środowisk osób (wyprowadzenie w kajdankach w świetle kamer jest bardzo widowiskowe, a i grzywna "za znęcanie się nad dziećmi" da się medialnie wykorzystać) bliżej zaś zwykłego człowieka- pozwala na znaczne rozszerzenie bezkarnej urzędniczej samowoli, wymuszanie łapówek etc.

Całkowity zakaz używania kar cielesnych jest w rzeczywistości próbą ominięcia problemu przemocy w rodzinie, próbą zamiecenia pod dywan sprawy, która powinna zostać rzetelnie rozwiązana. Problem w tym, że nie da jej się zapobiec jednym zakazem- potrzebna jest m.in. zmiana mentalności ludzi, którzy nie reagują na ewidentne przejawy przemocy w swoim otoczeniu (odbudowa więzi społecznych) czy zwalczanie promujących agresję treści już wśród dzieci (chodzi oczywiście kreskówki, gry komputerowe, militarne zabawki- niestety, za takimi treściami stoi kapitał, któremu rząd podpadać nie chce...). Powyższe dwie pożądane zmiany nie wyczerpują oczywiście listy działań, które należy podjąć, a które z jakichś względów są są mniej niż napisanie i przegłosowanie ustawy wygodne.

_________________________________________________

*Wiem to, moi nie musieli. Wiem też, ile czasu na moje i mojego rodzeństwa wychowanie poświęcali; matka po moim urodzeniu zrezygnowała z pracy, ojciec poza pracą miał tylko rodzinę. Moim rodzicom udało się wychować trójkę dzieci bez kar cielesnych, jakkolwiek co poniektóre konflikty pomiędzy mną a siostrą i bratem wybuchające niewątpliwie na taką karę zasługiwały i sądzę, że gdyby parę razy dostał w skórę, byłbym znacznie lepszym człowiekiem...
No i zapewne lepiej wspominałbym moją osiemnastkę, gdybym wcześniej wiedział, co to znaczy dostać pasem ;)

Pisząc powyższą notkę opierałem się m.in. na dyskusji, która odbyła się na forum www.IVRP.pl- dziękuję jej uczestnikom za wyrażone opinie.

poniedziałek, 26 maja 2008

Naciski

Sprawa eksperta komisji ds. nacisków, byłego pracownika SB Jerzego Stachowicza, znana jest dość powszechnie. Co prawda niechętnie uwypukla się te jej aspekty, które kompromitują Andrzeja Czumę w roli przewodniczącego komisji, jednak nawet najzagorzalszym zwolennikom PO trudno twierdzić, że ich partia odniosła w sprowokowanym przez Widackiego starciu świetne zwycięstwo.

Dzisiaj miał miejsce bardzo ciekawy i bardzo znamienny epizod, potwierdzający pojawiające się tu i ówdzie tezy o nieprzewidzianych prawem powiązaniach rządu i służb specjalnych. Oto posłowie PiS zasiadający w komisji poprosili o wyjaśnienia w sprawie Stachowicza. Kandydaturę tego eksperta zgłaszał Jan Widacki, szerzej znany jako adwokat ludzi lewicy i powiązanego z nią biznesu (Kulczyk); posłowie PiS mają solidne podstawy (wypowiedzi samego Widackiego) by sądzić, iż kandydaturę rekomendowała ABW. Niestety, na wyjaśnienie sprawy nie zgodził się przewodniczący Czuma. Decyzję swoją uzasadnił faktem, iż Stachowicz zrezygnował, więc sprawa jest zamknięta.

Decyzja Andrzeja Czumy jest absolutnym kuriozum. Kwestia, czy ABW wpływa na posłów komisji ds. nacisków na specsłużby jest kluczowa dla pracy komisji. O czym świadczy fakt, że PO- podejrzewająca PiS o nielegalne wpływy na służby- nie chce dopuścić do wyjaśnienia podejrzeń o takie same powiązania sprzymierzonych posłów obecnej kadencji? Spójrzmy, z jaką sytuacją być może mamy do czynienia: komisja powiązana co najmniej personalnie z służbami bada, czy polityczni przeciwnicy aktualnego rządu pozaprawnie wpływali na służby- jest to wydawanie sądu we własnej sprawie i ewidentny przykład totalitarnych skłonności rządu. To, że rekomendowany przez ABW ekspert zrezygnował, nie ma absolutnie żadnego znaczenia. Sprawa musi być wyjaśniona, bo jeśli komisja faktycznie ma powiązania z ABW, przekreśla to sens jej istnienia.

Są dwa możliwe powody podjęcia przez Andrzeja Czumę decyzji o zamieceniu sprawy Stachowicza pod dywan. Albo przewodniczący rzeczywiście zupełnie nie nadaje się na piastowane przez siebie stanowisko, nie orientuje się w materii, którą komisja ma się zajmować i jest, mówiąc delikatnie, niezbyt bystry- albo niechęć do rozjaśnienia sprawy ma inne podłoże, opierając się na pozaprawnych działaniach na linii rząd-służby (i wtedy na stanowisko przewodniczącego komisji nie nadaje się żaden z posłów koalicji; w każdym razie, nadmienię na marginesie, wniosek o odwołanie Czumy jest w pełni uzasadniony).

Jeśli prawdziwa jest pierwsza możliwość, wypada tylko współczuć Platformie poziomu prezentowanego przez jej posłów. Druga możliwość (w świetle ostatnich wydarzeń wokół pracowników komisji weryfikacyjnej bardziej prawdopodobna)- lewe powiązania rząd-służby jest bardzo niepokojąca; nawet bardziej niż sama rekomendacja (powiązania Widackiego z różnymi prominentnymi postaciami III RP wszak zobowiązują) niepokojąca jest reakcja posła Czumy. Problem bowiem sprowadza się wtedy do pytania, dlaczego Platforma nie chce wyjaśnienia tej sp

sobota, 24 maja 2008

Platforma ma nowego Palikota

Sprawa Kazimierza Marcinkiewicza, który w wywiadzie dla "Dziennika" wyznał, iż posiadł informację, jakoby prezydent (wówczas) elekt Lech Kaczyński wydał polecenie podsłuchiwania go, premiera (wówczas) RP, komentowana jest niezwykle ciekawie, nie dostrzegłem jednak wśród komentarzy dość istotnego i, wydawałoby się, oczywistego aspektu. Co za tym idzie, nie dostrzegłem też jednej z najważniejszych postaci ostatnich miesięcy- Janusza Palikota.

Oczywiście inne potencjalne czynniki, które mogły spowodować wyznanie byłego premiera na pewno mają swój znaczny w genezie dzisiejszej sensacji udział- trudno wszak przypuszczać, by Marcinkiewicz zapomniał o dosyć, przyznajmy, instrumentalnym potraktowaniu przez włodarzy PiS w lecie 2006 czy- w szczególności- nieprzedłużeniu mu rekomendacji na wygodne, intratne i niezbyt odpowiedzialne (czyli, krótko mówiąc, wymarzone) londyńskie stanowisko w EBOiR. Chęć zemsty na pewno walnie przyczyniła się do opublikowania dzisiejszych sensacji, jednak trudno zignorować inne, co do skutków powiązane z dziennikową publikacją wydarzenie.

Termin publikacji drugiej sensacji drugiej tegorocznej majówki nie wynika bowiem z dawnych i niedawnych żalów Marcinkiewicza, nie wynika nawet z przypadającego właśnie półmetka pierwszej kadencji prezydenta. Nie jest dla nikogo tajemnicą, że Platforma, a Donald Tusk w szczególności, ostrzy sobie zęby na urząd prezydenta i w celu jego zdobycia prowadzi tyleż dalekosiężną i całkiem rozsądną, co brudną grę. Co prawda do elekcji jeszcze 2,5 roku, jednak przygotowanie gruntu ma swoje znaczenie.

Pierwsze ataki- niesnaski na linii premier-prezydent, przedstawiane (zupełnie niesłusznie) jako zawinione przez Lecha Kaczyńskiego były niejako badaniem opinii publicznej- jak daleko w chamskich zagrywkach wobec prezydenta można się posunąć? Można było daleko, Platforma uruchomiła więc posła Palikota, którego działalność w ostatnich miesiącach przyprawiała o mdłości co wrażliwszych i powodowała uśmiech politowania u bardziej zorientowanych. Misją Palikota było właśnie zepsucie powietrza, wytworzenie może nie duchoty, ale pewnego, przepraszam za określenie, "smrodku" wokół Głowy Państwa. Osoby zorientowane (chociaż w niewielkim stopniu) w polityce oczywiście na takie zagrywki się nie nabierają, jednak większość elektoratu, delikatnie mówiąc, polityką interesuje się średnio, głosując raczej na urodę i spoty wyborcze (to ta część, która wciąż utrzymuje, że "Kaczory to faszyści").

Poseł Palikot swoją misję wypełnił, jej przedłużanie mogłoby doprowadzić do następstw przeciwnych niż oczekiwane- popadł więc w "niełaskę" włodarzy PO (niepochwalających w żadnym stopniu jego wybryków), jego miejsce zajął zaś Kazimierz Marcinkiewicz.

Proszę zauważyć podobieństwo sytuacji obu panów z punktu widzenia PO- zarówno Palikot, jak Marcinkiewicz są dla PO bezpieczni (Palikot, bo wiadomo, ekscentryczny milioner, Marcinkiewicz nawet nie jest członkiem partii), więc ewentualny zły odbiór ich działań przez społeczeństwo nie uderza bezpośrednio w Platformę. Obaj też są z punktu widzenia partii Schetyny skuteczni- Palikot przez swoją widowiskowość i niewyparzony język, Marcinkiewicz jako były premier z nadania PiS i były wiceszef tej partii. Poza tym i Marcinkiewicz i Palikot chętnie dołączyliby do wierchuszki Platformy, a przynajmniej chcieliby mieć pewność startów z list tej partii... Uwiarygodnienie potrzebne jest szczególnie Marcinkiewiczowi.

Na pierwszy rzut oka widać co prawda, że ataki (mimo zmiany atakującego) wciąż są z serii "coś się przylepi"- pamiętajmy jednak, że w ciągu 2,5 roku przylepić się może całkiem sporo.