Pokazywanie postów oznaczonych etykietą PiS. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą PiS. Pokaż wszystkie posty

środa, 15 października 2008

Kiedy kończy się polityk

Spór pomiędzy premierem i Prezydentem (od jakiegoś czasu coraz wyraźniej przechodzący w prezentację ogólnego niezadowolenia premiera) tak obfituje w, powiedzmy, widowiskowe sytuacje, że wydawałoby się- nic nie jest w stanie specjalnie zaskoczyć czy wzburzyć. Dzisiaj jednak premier się postarał; jak donosi Wirtualna Polska (tutaj), kiedy ustępujący miejsca ministrowi Rostowskiemu Prezydent poprosił Tuska o poinformowanie go, kiedy omawiane będą znów tematy polityczne, spotkał się z ciętą ripostą: "prosić to ty sobie możesz".

Trudno powiedzieć, czy ze strony premiera jest to sposób na budowanie wizerunku; owszem, niewykluczone- być może premier postanowił pokazać, że jest nie tylko cudowny, ale też twardziel- i uznał, że najłatwiej pokazać ten rys posługując się chamstwem. Jeśli tak- obawiam się, że PR-owcy premiera popełnili drobny błąd.

Znacznie bardziej jednak prawdopodobne jest, że Tusk, wyprowadzony z równowagi uporem prezydenta (symptomy zdenerwowania premier zdradza wszak od jakiegoś czasu, sięgając po przedszkolnej klasy środki mające na celu utrudnienie życia Głowie Państwa) po prostu chlapnął powyższą kwestię z tzw. "głębi serca", dawszy się ponieść emocjom.

Istnieją obserwatorzy sceny politycznej dopatrujący się w działaniach polityków pobudek wynikających z ich charakterów. Rzecz jasna, obserwatorzy ci rację mają tylko sporadycznie- polityka to nie skoki narciarskie, w których element psychologiczny jest istotny. W dzisiejszych czasach polityka to starannie reżyserowany spektakl, w którym nie ma miejsca na nieplanowe okazywanie emocji czy poddawanie się chęciom tudzież intuicji. Tworzone na użytek społeczeństwa "profile psychologiczne" polityków są tylko kreacją służącą określonym celom.

Oczywiście zdarzają się sytuacje, kiedy wspomniani wyżej obserwatorzy rację mają. Co poniektórzy politycy nie są w stanie realizować założonego scenariusza, "idą na żywioł". Problem w tym, że w takiej sytuacji szybko przestają być politykami, a w najlepszym razie lądują na politycznym marginesie jak, nie przymierzając, Janusz Korwin-Mikke.

Niewykluczone, że w przypadku premiera mamy do czynienia z początkiem takiego właśnie scenariusza*.

_____________________________________

Jest to prawdopodobne tym bardziej, że w Brukseli obecny jest nie tylko jeden potencjalny kandydat Tuska w elekcji roku 2010. Pośród sporów na linii premier-Prezydent dziwnie ginie** Radosław Sikorski- a to właśnie jego osoba jest w tej chwili dla premiera najbardziej uciążliwa.

**Swoją drogą całkiem interesująca możliwość- prowokowanie przez otoczenie Tuska awantur, by odwrócić uwagę od szefa MSZ... Gra ryzykowna, ale nie pozbawiona sensu (przynajmniej do czasu, kiedy- z uwagi na kompromitowanie się Tuska- pozostawanie w cieniu będzie dla Sikorskiego korzystne).

czwartek, 17 lipca 2008

Suplement do bojkotu

Niezbyt, przyznam szczerze, chce mi się komentować PiSowski bojkot TVN i TVN24. TVNu nie oglądam wcale, TVN24- sporadycznie. Jestem estetą, więc sposób przekazywania informacji przez tą stacją mnie rani, zaś gruby humor prezentowany w jednym z TVNowskich programów wywołuje co najwyżej uśmiech politowania... Chociaż może z tym "grubym humorem" TVNu może trochę przesadziłem. Na przykład rzecznik stacji, Karol Smoląg, popisał się dzisiaj humorem wyrafinowanym, twierdząc, że "Stacja z niepokojem i ze smutkiem przyjęła tę informację. Świadczy ona o tym, że jedna z największych partii politycznych w Polsce nie rozumie roli i zasad, którymi kierują się wolne media". Aż ciśnie się na usta pytanie- od kiedy to wolne media tworzone są przez współpracowników bezpieki państwa totalitarnego i przy użyciu kapitału, o którego pochodzeniu strach pisać, jeśli nie ma się na zbyciu grubej kasy na wynajęcie batalionu adwokatów?

Większość komentatorów zgodnie twierdzi, że bojkot przyniesie Prawu i Sprawiedliwości więcej szkody niz pożytku. Być może. Zaznaczę od razu, że opinie w tym tonie warto brać pod uwagę tylko, jeśli nie są pisane przez dziennikarzy (czy ogólniej- osoby zatrudniane w mediach); dziennikarze zniechęcajacy do bojkotowania mediów wypowiadają się oczywiście we własnym interesie, ich głos więc sporo traci... Szczególnie, jeśli wziąć pod uwagę, że Jarosław Kaczyński stwierdził, iż dziennikarze TVN przyłączają się do rynsztoka i właśnie z tego powodu PiS nie zamierza się z tą stacją kontaktować. Jakie media w Polsce od dawna już miano rynsztokowych i brukowych dzierżą, kto je wydaje i jakie inne tytuły do tego wydawcy należą- te skojarzenia pozostawiam czytelnikom. Dla ułatwienia można zerknąć na powstałe na ten temat w S24 notki... Wypowiadający się krytycznie o bojkocie dziennikarze wiedzą, że i ich medium może zostać zbojkotowane; dobrze wtedy móc liczyć na wdzięczną odsiecz.

W samej ocenie strat i zysków, jakie może przynieść PiSowi bojkot TVN24 dobrze wziąć pod uwagę jedną rzecz. Otóż wszyscy krytycy tego posunięcia podkreślają, że stacje Wejcherta i Waltera to centrum życia politycznego, opiniotwórczość etc. Zgoda. TVN24 to potężny przekaźnik informacji, miejsce kreacji PR-u, polityczna rewia mody- ale także miejsce, w którym wypowiadajacy się muszą dopasowywać się do specyficznego schematu, zakładającego m.in. dominację osoby prowadzącej program nad zaproszonymi gośćmi. O ile partiom z głównego nurtu- Platformie czy SLD taka sytuacja pasuje (raz, że prowadzący są im przychylni, dwa- styl wypowiedzi tych partii jest komplementarny do formy używanej przez telewizję) o tyle Prawu i Sprawiedliwości niekoniecznie. Nie chodzi nawet o nieprzychylność prowadzących (choć nie jest ona nieistotna). By zobaczyć, gdzie jest pies pogrzebany, wystarczy zwrócić uwagę na linię, jaką od chwili swojego powstania realizuje PiS. Partia ta odcina się od głównego nurtu polityki, określanego jako III RP i stara się (mniej lub bardziej skutecznie) być postrzegana jako byt różny od reszty sceny politycznej. Występy w TVN wymagają zaś- choćby chwilowego- powrotu do nurtu III RP, czyli przyjęcia form używanych w głównym nurcie walki politycznej. Mówiąc inaczej- PiS, krytykując zasady rządzące III RP i jednocześnie korzystając z wyrosłych na tych zasadach mediów pozostaje w pewnej sprzeczności, której ciągnięcie uzasadnione jest jedynie możliwością zaprezentowania własnej wizji szerszemu audytorium. W sytuacji, kiedy poziom, nazwijmy to najogólniej- kulturalny stacji drastycznie spada, straty wynikające ze zgniłego kompromisu przeważają zyski z pokazania się na antenie i bojkot nie musi być takim znowu złym rozwiązaniem.

Dla zilustrowania (to już na marginesie) powyższej sytuacji można wyobrazić sobie np. Marka Jurka udzielającego wywiadu "Nie". Rozgłos murowany, ale śmiem wątpić czy zysk polityczny byłby dla polityka oszałamiający; na odwórt, Grzegorz Napieralski niewątpliwie wywołałby bardzo duże zainteresowanie występując w Radio Maryja, ale nie wiem czy jego elektorat byłby takimwystępem zachwycony. To oczywiście przykłady bardziej skrajne, ale podobnego rodzaju.

niedziela, 15 czerwca 2008

A gęby sobie wytrzemy. Demokracją.

Jeśli ktoś miał jeszcze złudzenia co do jakości polityki prowadzonej przez Platformę Obywatelską, to dzisiaj, po publikacji "Newsweeka", te złudzenia powinny zostać rozwiane. Partia Schetyny, korzystając z upływu terminu działalności Komisji Weryfikacyjnej WSI, odsuwa aktualnie weryfikującą ekipę (co ewentualnie dałoby się zrozumieć, a ze względu na powiązania Platformy z dawnym UOP daje się zrozumieć bardzo dokładnie) i robi to w sposób wyjątkowo prostacki, z pominięciem drogi parlamentarnej.

Weryfikacja żołnierzy WSI jest regulowana przez ustawę o rozwiązaniu WSI. Według niej, funkcjonariusze służb wojskowych po pozytywnym zweryfikowaniu przez komisję weryfikacyjną mogą podjąć pracę w nowych służbach. Platforma Obywatelska nie zamierza zmieniać ustawy- wymagałoby to debaty i głosowania w Sejmie, co uniemożliwiłoby załatwienie sprawy po cichu, poza tym ustawa najpewniej zostałaby zawetowana przez prezydenta. Zamiast więc trudzić się nieistotnymi sejmowymi procedurami, Platforma postanowiła rzecz rozwiązać za pomocą rozporządzeń MON.

Działacze PO chcieliby być może uzasadnić takie podejście spodziewanym vetem prezydenta i brakiem czasu, niestety, tego zrobić nie mogą- w dyskusji na temat veta szybko okazałoby się bowiem, że sprzeciw prezydenta wobec pomysłów PO nie jest spowodowany czystą złośliwością, ale wynika z faktu, iż ustawa, którą prezydent w 2006 roku podpisał istotnie różni się od ostatnich pomysłów partii rządzącej. Główną zmianą, którą po cichu chce przepchnąć PO, jest połączenie weryfikacji "starych" funkcjonariuszy z kwalifikacją nowych kandydatów. Dość wyraźnie kłóci się to z obowiązującą ustawą i pokazuje przy okazji- a szczególnie w połączeniu z wczorajszymi wypowiedziami Tuska na zupełnie inny temat (referendum w Irlandii)- stosunek Platformy do demokracji czy roli parlamentu. Gardłująca przeciw wydumanym zagrożeniom demokracji za poprzednich rządów partia Schetyny teraz dokonuje zupełnie realnych nadużyć czy to wprost zachęcając do łamania demokratycznych procedur WE (kombinowanie, jakby tu przepchnąć traktat z Lizbony) czy to bezczelnie obchodząc obowiązującą ustawę. Swego czasu politycy PO oskarżali Jarosława Kaczyńskiego o polityczny makiawelizm; teraz okazuje się, że po prostu chcieli widzieć swoje wady w głównym przeciwniku politycznym... Wszak własne wady są dla ludzi najbardziej denerwujące i uważane za najbardziej kompromitujące dla przejawiających choćby ich ślady (czy sugestie) przeciwników.

środa, 11 czerwca 2008

Dokąd płynie Ponton?

Postać prezesa TVP Andrzeja Urbańskiego, przyznam szczerze, nie budzi mojej szczególnej sympatii. Urbański- na pierwszy rzut oka współpracownik braci Kaczyńskich- jest w rzeczywistości bardzo samodzielnym i skrajnie wyrachowanym graczem, posiadającym rozległe (momentami koszmarne) powiązania. Dzisiaj "Ponton" stał się bohaterem publikacji portalu "Dziennik" ze względu na spekulacje na temat możliwości wejścia postkomunisty Dubaniowskiego do zarządu TVP.

Być może moja niechęć do Urbańskiego spowodowana jest okolicznościami, jakie towarzyszyły jego obsadzeniu na stanowisku prezesa TVP. Bronisław Wildstein nadawał się na szefa publicznej telewizji jak mało kto. Nie ma sensu wychwalanie jego osoby; dość, że taki prezes gwarantował niezależność telewizji bez względu na polityczne zawieruchy. Zastąpienie Wildsteina Urbańskim było posunięciem zdecydowanie głupim, zresztą zemściło się na Jarosławie Kaczyńskim, kiedy Andrzej Urbański (wraz z całą TVP) aktywnie włączył się w kampanię wyborczą Platformy (akcja "idź na wybory") i walnie przyczynił do porażki swego protektora. Nie chcę snuć spiskowych teorii, trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że Andrzejem Urbańskim nie powodowała wtedy głupota.

Urbański jest bowiem człowiekiem na swój sposób niezależnym i swoją niezależność ceniącym. Oczywiście jest to niezależność inna, niż niezależność np. Wildsteina. Obrazowo porównać można te dwie postaci do pływających po morzu statków (lub, tradycyjnie "Pontona" Urbańskiego, do pontonu)- tyle, że Wildstein płynie obranym przez siebie kursem, podczas gdy Urbański dryfuje z prądami, z którymi mu akurat dryfować wygodnie.

Wydawać by się mogło, że aktualny prezes TVP, agitując w czasie kampanii wyborczej 2007 przeciw PiS podcina gałąź, na której siedzi; kojarzony mimo wszystko z partią Kaczyńskich. Z punktu widzenia PO związanie Urbańskiego jako szefa TVP z PiS jest oczywiście korzystne, pozwala bowiem na lansowanie platformerskiej wizji rządów Jarosława Kaczyńskiego; wątpliwe, by Andrzej Urbański liczył na powyborczą wdzięczność Tuska- jeśli nawet, to alternatywny scenariusz opracowany miał perfekcyjnie.

Paradoksalnie porażka wyborcza PiS okazała się dla Urbańskiego korzystna. Jarosław Kaczyński, nawet jeśli miał do swego byłego protegowanego pretensje o wsparcie wroga, nie mógł pozwolić sobie na uzewnętrznienie uczuć- on sam przestał być premierem, Urbański zaś wciąż zajmuje jedno z kluczowych stanowisk w państwie. Odrzucony przez PO znów może być wykorzystywany jako sojusznik PiS- tym razem jednak to on rozdaje karty i mimo zapędów Platformy potrafi utrzymać się na stanowisku tym bardziej, że ma pełne wsparcie PiS i prezydenta (jakikolwiek inny prezes TVP będzie oczywiście dyspozycyjny wobec PO, lepiej więc postawić na krnąbrnego, ale przez PO nielubianego Urbańskiego).

Obiektywnie patrząc, wziąwszy pod uwagę obecne warunki, trudno dostrzec lepszego niż Urbański kandydata na stanowisko prezesa TVP. Każdy wskazany przez PO będzie oczywiście prorządowy- Tusk nie pozwoli sobie na kogokolwiek niezależnego, obojętne, czy będzie to niezależność w stylu Wildsteina, czy specyficznie pojmowana niezależność typu Urbańskiego; weźmie miernego i wiernego, kierując się kryteriami analogicznymi do tych, które stosował dobierając swoich ministrów. Więcej zaś prorządowych mediów to mniej pluralizmu. Urbański, choć gra po tej samej stronie co PiS, w gruncie rzeczy nie gra z PiS w jednej drużynie. Do specyficznie pojmowanej niezależności dołożył swoistą apolityczność- w tym sensie, że nie jest zależny od żadnej siły politycznej (choć jest siła polityczna w pewnej mierze zależna od niego). Mimo wszystko wypada taką sytuację docenić, można też pośmiać się pod wąsem z sytuacji, w której rząd jest bardziej antytelewizyjny, niż telewizja antyrządowa.

Jak więc widać, zagrywki zmierzające do zainstalowania w radzie nadzorczej TVP Waldemara Dubaniowskiego (czy wcześniej wstawienie do Rady Programowej Gadzinowskiego) to zagrywki Urbańskiego, który wykorzystuje niemoc PiS do utrzymania się na stołku. Dla Prawa i Sprawiedliwości zmiana prezesa TVP byłaby równoznaczna z rozszerzeniem antyPiSowskiego jazgotu z mediów prywatnych na telewizję publiczną (czyli właściwie jazgot objąłby całą telewizję- w tym medium pluralizm zostałby ostatecznie wyeliminowany). PiS zrobi wiele, by do tego nie dopuścić- lepsza jest, jak już wspomniałem, specyficznie niezależna telewizja Urbańskiego niż kolejna tuba propagandystów Tuska.

Urbański, gracz doświadczony i bezwzględny, nie omieszkuje się tego wykorzystywać i konsekwentnie buduje swoją pozycję. Pytanie tylko, co zamierza z tak przygotowanego stanowiska osiągnąć- nie podlega wątpliwości, że jako pierwszy samowładny szef TVP ma olbrzymie pole manewru.

piątek, 30 maja 2008

Czy Platforma będzie rządzić wiecznie? Część 2: Szum. Śpiący elektorat.

Jak łatwo wyczytać z ostatnich sondaży, poparcie dla PO spada. Jeszcze kilka tygodni temu podchodzące pod 60% ograniczyło się teraz do 40-45%. Wszyscy (prawie wszyscy) węszą dalszy spadek poparcia partii Schetyny, zachodzące zjawiska różnie jednak tłumacząc. Racji nie mają oczywiście ci, którzy przyczyn spadku popularności PO dopatrują się w braku jakichkolwiek efektów pracy rządu- o tym, że efektów nie ma, przeciętny ankietowany nie wie, zaś domyślać się nie może, ponieważ warunki życia w ciągu ostatniego półrocza pozostają na (jak na Polskę) wysokim, osiągniętym przez poprzedni rząd poziomie. Dopiero rosnące ceny benzyny mogą- choć nie muszą- wzbudzić wśród elektoratu refleksję skłaniającą do skonfrontowania wyborczych obietnic z rzeczywistością. Powód spadku notowań jest prozaiczny- powoli, pomimo nadmuchiwania przez reżymowe media prywatne*, opada powyborczy entuzjazm. Ludzie zwyczajnie przestają interesować się polityką, która w okresie pomiędzy igrzyskami (elekcjami) robi się dość nudna. Obserwowany spadek poparcia jest tylko i wyłącznie korektą, która doprowadzi słupki Platformy (reszty partii, choć w mniejszym stopniu, także) do rzeczywistego poziomu, wynoszącego około 25% (wszystko, co ta partia zdobywa ponad tą liczbę, to głosy uzyskiwane dzięki, najogólniej biorąc, grze na emocjach; w zeszłych wyborach na przykład dzięki przekonaniu ludzi, że Kaczyńscy są "be").

W jednym z ostatnich wywiadów Rafał Ziemkiewicz stwierdził, że tak naprawdę PiS nie zostało pokonane przez PO, ale przez koalicję medialną, którą Ziemkiewicz nazywa "Orkiestrą". To ze strony Ziemkiewicza wyjątkowa uprzejmość; mimo wszystko ucieszyłem się, przeczytawszy wywiad, ponieważ "Orkiestra" Ziemkiewicza podobna jest w tym punkcie do "szumu" (pojęcia tego używaliśmy w czasie dyskusji z MSem na forum IVRP.pl dla scharakteryzowania zachowania większości polskich mediów w okresie przedwyborczym). Co prawda analogie szybko się kończą- Ziemkiewicz traktuje "Orkiestrę" jak w miarę samodzielny, decydujący w swoich ruchach organizm, podczas gdy "szum" wywoływany jest w określonym celu i żadnej samodzielności za sobą nie niesie- jednak cieszy fakt, iż upowszechnia się patrzenie na grupę mediów przez pryzmat ośrodka politycznego.

Nasz "szum", choć częściowo samodzielny (np. pożyteczni idioci), jest w gruncie rzeczy hałasem tworzonym i wykorzystywanym do negatywnego wpływania na opinię publiczną. Negatywnego, ponieważ- jak można było zauważyć przed wyborami- szum nie miał za główny cel promocji, ale obrzydzenie poprzez skojarzenie kogoś (głównie PiS) ze sobą. Inaczej mówiąc- wokół przeciwników politycznych należące do przeciwnego obozu media tworzyły szum o szczególnym natężeniu; jego treść nie była istotna, jeśli tylko brzmiała nieprzyjemnie i odpowiednio skutecznie męczyła i zniechęcała do ofiary. "Szum" jest bronią skuteczną głównie dzięki temu podziałowi sceny politycznej na PO i PiS, wskutek czego wszystkie czynniki uderzające w jedną z tych partii automatycznie działają w interesie drugiej.

Dzięki temu właśnie przegrywająca przez całą kampanię w sondażach PO w ciągu dwóch-trzech ostatnich tygodni kampanii była w stanie odrobić stratę do PiS i zyskać całkiem dużą przewagę w ostatecznym wyniku. Prosty mechanizm- atakowane ze wszystkich stron PiS stanowiło centrum kampanii wyborczej całymi tygodniami; potrafiło zebrać elektorat (wynik osiągnięty przez tę partię mimo wszystko był całkiem niezły), jednak "szum" rozlegający się wokół tej partii skutecznie potęgował niechęć wśród ludzi zwykle niegłosujących i niezdecydowanych. PiS było postrzegane jako partia męcząca, o której wciąż rozmawia się na nieprzyjemne tematy. Ta niechętna część społeczeństwa, zmanipulowana szumem, nadawała się do zagospodarowania; myślę, że gdyby np. koalicja czerwonych w porę zorientowała się, co jest grane i mocno uderzyła w struny, na których zagrała nieznacznie później Platforma (kampania miłości i drugiej Irlandii) wyniki wyborów mogłyby być zupełnie inne.

Wyżej opisany sposób zdobywania elektoratu sprzyja osiąganiu wysokich słupków, nie sprzyja jednak trwałemu ich utrzymaniu. W tej chwili obserwujemy odpływ zapadających powoli w międzyelekcyjny sen wyborców PO, być może podświadomie rozczarowanych faktem, iż uciążliwy szum, wbrew zapowiedziom PO, nie zanikł wraz z klęską PiS; zaniknąć oczywiście nie mógł, bowiem duszna atmosfera wokół przeciwników jest składającemu się z Platformy, mediów i kół biznesowych obozowi politycznemu bardzo na rękę. Poparcie partii rządzącej spada, lecz poparcie dla innych ugrupowań nie rośnie. Dzięki szumowi utrzymuje się wrażenie "złego PiS"; w odpowiednim momencie PO znów wyskoczy z "Irlandią" i słupki podskoczą.

Bo manipulowanie szumem to sugerowanie, iż szum ucichnie- ludzie zaś zawsze mają nadzieję, że w końcu będą mieli święty spokój.

__________________________________________________

*Właśnie, sprawdzając tekst, dostrzegłem piękno sformułowania.

poniedziałek, 26 maja 2008

Naciski

Sprawa eksperta komisji ds. nacisków, byłego pracownika SB Jerzego Stachowicza, znana jest dość powszechnie. Co prawda niechętnie uwypukla się te jej aspekty, które kompromitują Andrzeja Czumę w roli przewodniczącego komisji, jednak nawet najzagorzalszym zwolennikom PO trudno twierdzić, że ich partia odniosła w sprowokowanym przez Widackiego starciu świetne zwycięstwo.

Dzisiaj miał miejsce bardzo ciekawy i bardzo znamienny epizod, potwierdzający pojawiające się tu i ówdzie tezy o nieprzewidzianych prawem powiązaniach rządu i służb specjalnych. Oto posłowie PiS zasiadający w komisji poprosili o wyjaśnienia w sprawie Stachowicza. Kandydaturę tego eksperta zgłaszał Jan Widacki, szerzej znany jako adwokat ludzi lewicy i powiązanego z nią biznesu (Kulczyk); posłowie PiS mają solidne podstawy (wypowiedzi samego Widackiego) by sądzić, iż kandydaturę rekomendowała ABW. Niestety, na wyjaśnienie sprawy nie zgodził się przewodniczący Czuma. Decyzję swoją uzasadnił faktem, iż Stachowicz zrezygnował, więc sprawa jest zamknięta.

Decyzja Andrzeja Czumy jest absolutnym kuriozum. Kwestia, czy ABW wpływa na posłów komisji ds. nacisków na specsłużby jest kluczowa dla pracy komisji. O czym świadczy fakt, że PO- podejrzewająca PiS o nielegalne wpływy na służby- nie chce dopuścić do wyjaśnienia podejrzeń o takie same powiązania sprzymierzonych posłów obecnej kadencji? Spójrzmy, z jaką sytuacją być może mamy do czynienia: komisja powiązana co najmniej personalnie z służbami bada, czy polityczni przeciwnicy aktualnego rządu pozaprawnie wpływali na służby- jest to wydawanie sądu we własnej sprawie i ewidentny przykład totalitarnych skłonności rządu. To, że rekomendowany przez ABW ekspert zrezygnował, nie ma absolutnie żadnego znaczenia. Sprawa musi być wyjaśniona, bo jeśli komisja faktycznie ma powiązania z ABW, przekreśla to sens jej istnienia.

Są dwa możliwe powody podjęcia przez Andrzeja Czumę decyzji o zamieceniu sprawy Stachowicza pod dywan. Albo przewodniczący rzeczywiście zupełnie nie nadaje się na piastowane przez siebie stanowisko, nie orientuje się w materii, którą komisja ma się zajmować i jest, mówiąc delikatnie, niezbyt bystry- albo niechęć do rozjaśnienia sprawy ma inne podłoże, opierając się na pozaprawnych działaniach na linii rząd-służby (i wtedy na stanowisko przewodniczącego komisji nie nadaje się żaden z posłów koalicji; w każdym razie, nadmienię na marginesie, wniosek o odwołanie Czumy jest w pełni uzasadniony).

Jeśli prawdziwa jest pierwsza możliwość, wypada tylko współczuć Platformie poziomu prezentowanego przez jej posłów. Druga możliwość (w świetle ostatnich wydarzeń wokół pracowników komisji weryfikacyjnej bardziej prawdopodobna)- lewe powiązania rząd-służby jest bardzo niepokojąca; nawet bardziej niż sama rekomendacja (powiązania Widackiego z różnymi prominentnymi postaciami III RP wszak zobowiązują) niepokojąca jest reakcja posła Czumy. Problem bowiem sprowadza się wtedy do pytania, dlaczego Platforma nie chce wyjaśnienia tej sp

wtorek, 22 kwietnia 2008

Donald Franciszek Dulski

Istnieje w naszym języku pejoratywne określenie "drobnomieszczaństwo". Używa się go na zobrazowanie wielu wynikających z wąskich horyzontów, drobiazgowości-małostkowości, zakłamania czy złośliwości cech.

Rząd Donalda Tuska, twór powstały głównie w celu zapewnienia premierowi prezydentury w roku 2010, od początku swojego istnienia postawił na konflikt z obecnie urzędującym prezydentem. O stosunkach pomiędzy dwoma najważniejszymi urzędnikami w państwie napisano wiele, także fakt, iż ataki na prezydenta mają w podtekście wybory 2010 nie jest dla nikogo tajemnicą.

Dzisiaj rząd wykonał kolejny ruch. Rozliczył prezydenta z kosztów wysłania delegacji do Gruzji. Wg rządu, podatnicy zapłacili za nią ok. 215 tys. zł. (jak łatwo policzyć, ok. 0,011 zł. na osobę- czyli każdy z nas zapłacił za delegację jeden grosz i jeden grosza obrzynek).

Nie wiem, czy rząd liczy na matematyczną ignorancję Polaków, może opiera swoje kalkulacje na medialnej sile sugestii- w każdym razie takie zachowanie interpretować można tylko przez pryzmat niekulturalnej (żeby nie użyć sformułowanie "chamskiej") propagandy lub właśnie drobnomieszczaństwa, jakie z rządu Tuska coraz wyraźniej wyłazi.

Złośliwość i tania pokazówka (wspomnę loty samolotami rejsowymi, w imię śladowych oszczędności ośmieszające naszą dyplomację). Dulszczyzna w pełnym rozkwicie.