Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lustracja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lustracja. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 7 października 2008

Stowarzyszenie Maxa Plancka- centrum nienawiści i zacofania?

Popełniłem wczoraj notkę na temat prof. Wolszczana, kończąc ją pytaniem o, ogólnie biorąc, powiązanie nauki i etyki. Podczas trwającej ostatnio dyskusji na temat ewentualnego Nobla dla Wolszczana (na szczęście nagrodę otrzymali fizycy badający cząstki elementarne) dość wyraźnie zaznaczało się stanowisko zupełnie te dziedziny rozdzielające- brutalnie rzecz ujmując "co z tego, że sk..., ważne, że zdolny". Oczywiście osoby twierdzące, że Nobel dla Wolszczana byłby niekorzystny z punktu widzenia przyzwoitego, uczciwego człowieka z automatu zaliczano do zawistników, ludzi "nie rozumiejących, że świat nie jest tylko czarny i biały" itd.itd. Obelgi używane przez przeciwników lustracji znane są powszechnie.

Pewni ludzie, niestety, nie są w stanie zrozumieć, że istnieją osoby krytykujące pewne zachowania nie ze względu na osobiste odczucia, ale z szacunku dla elementarnych zasad etycznych; stąd właśnie biorą się oskarżenia o nienawiść czy zazdrość i chęć dokopania "lepszym od siebie".

Jak donosi portal Dziennik.pl (źródło) pojawiła się właśnie szansa na wytłumaczenie rzeczy za pomocą prostego, przejrzystego przykładu. Oto rzeczniczka Stowarzyszenia Maxa Plancka stwierdziła, że profesor Wolszczan nie jest już mile widziany jako pracownik Instytutu Maxa Plancka w Bonn ("Wiemy, że prof. Wolszczan współpracował z komunistycznymi służbami, gdy był pracownikiem naszego instytutu. Nie jest u nas już mile widziany"). Dośc istotnym jest też sformułowanie "Zatrudnienie osoby z taką przeszłością byłoby niezgodne z etycznymi zasadami naszej instytucji".

Ot, zasady etyczne nie pozwalają na zatrudnienie wybitnego naukowca tylko dlatego, że okazał się on kapusiem. Zawiść? Zacofanie? Czarno-biała wizja świata? Chęć rozliczeń? Solidarnościowa martyrologia? Ograniczone spojrzenie?

A może po prostu zwyczajna, szara, zupełnie niemedialna, pozbawiona siły uderzeniowej przyzwoitość?

poniedziałek, 6 października 2008

Czego chciał Nobel?

Norweski działacz pokojowy F. Heffermehl przyjrzał się w opublikowanej ostatnio książce laureatom Pokojowej Nagrody Nobla pod kątem spełniania przez nich kryteriów zadanych przez samego fundatora. Heffermehl twierdzi, że o ile przed rokiem 1945 kryteria te spełniało 85% laureatów, o tyle w czasach powojennych- tylko 45%. Nie wnikając głębiej w samą analizę, warto zwrócić uwagę na wskazywaną przez nią tendencję i zauważyć pewną analogię z naszym lokalnym „noblowskim" podwórkiem. Krótko mówiąc- porównajmy naszych przed- i powojennych laureatów.

Ci pierwsi- Curie-Skłodowska, Sienkiewicz i Reymont- są zgodnie uznawani za osoby chwalebnie zapisane w naszej historii. Laureaci powojenni zaś, nie odbierając im oczywiście zasług, to bez wyjątku osoby budzące kontrowersje, niekoniecznie mogące pochwalić się kryształowym życiorysem. Czesław Miłosz, tuż po wojnie wysługujący się komunistom, po zerwaniu się ze smyczy krytykujący twórców, którzy robili mniej więcej to samo, co on. Wisława Szymborska, w czasach stalinizmu zachwycona radzieckim zbrodniarzem i dająca temu wyraz w zaangażowanych wierszach. Wreszcie Lech Wałęsa, człowiek, powiedzmy, umiarkowanego formatu, którego historia ze złośliwym chichotem postawiła obok największych Polaków. Owszem, tak Miłosz, jak Wałęsa czy Szymborska zapewne spełnili kryteria wymagane, by zdobyć Nobla... jednak w porównaniu z Curie-Skłodowską, Sienkiewiczem czy Reymontem wypadają, co tu gadać, bladziutko.

Podobnie sprawa ma się z naszym potencjalnym noblistą, profesorem Wolszczanem. Jego osiągnięcia naukowe zapewne wystarczają do przyznania mu tej prestiżowej nagrody- jakkolwiek, gdyby nie był donosicielem, raczej nie osiągnąłby tego, co udało mu się dzięki współpracy z systemem totalitarnym. Ewentualna nagroda nie ustawi go wśród powszechnie szanowanych, kryształowych Postaci, podobnie jak nie zaliczyła do nich Miłosza, Wałęsy czy Szymborskiej. Podobnie jak te trzy osoby, Wolszczan stanie się co najwyżej głównym bohaterem sporów, przez jednych wysławiany, przez drugich bezwzględnie krytykowany; obawy więc, że ewentualna nagroda dla Wolszczana będzie potężną bronią w rękach przeciwników lustracji, są chyba przesadzone. Warto jednak zadać sobie inne pytanie- czy zamysłem Alfreda Nobla, ustanawiającego nagrody za osiągnięcia naukowe, było wsparcie rozwoju nauki- czy może zachęcanie do dokonywania odkryć za wszelką cenę, bez względu na drugiego człowieka, elementarną przyzwoitość czy jakiekolwiek zasady? Tegoroczny werdykt Królewskiej Szwedzkiej Akademii Nauk będzie niewątpliwie pomocny podczas udzielania odpowiedzi.

wtorek, 8 lipca 2008

Bezmyślność i postkomunistyczna mentalność, czyli Hołdys i Pinior

Wydawałoby się, że sprawa opisanej przez pp. Cenckiewicza i Gonatrczyka przeszłości Lecha Wałęsy powinna powoli przesuwać się ze strefy zainteresowań polityków i mediów ku historykom i organom ścigania. Być może tendencja taka zarysuje się wyraźniej z czasem, póki co jednak pokłosie współpracy Wałęsy z SB inspiruje kolejne postaci sceny publicznej, które wręcz prześcigają się w płodzeniu głupich pomysłów.

Do IPNowskiej publikacji (a właściwie jej ech) wracam zainspirowany przez Spitfire'a, który podesłał mi dzisiaj wypowiedź Hołdysa dla TVN24*. Wracam z mieszanymi uczuciami, bowiem kiedy ponad rok temu wziąłem na warsztat bezrefleksyjność i instynkt stadny, jaki zaprezentował były muzyk, spowodowałem eksplozję przeróżnych, w większości negatywnych emocji. Mam jednak nadzieję, że- wobec upływającego czasu- ocena osoby Hołdysa trochę ochłodła i przetrzeźwiała, a aktualna notka nie wzbudzi już takich nerwów.

Zbigniew Hołdys już wielokrotnie pokazał, że jak potrafił mówić o życiu, tak kompletnie nie potrafi mówić o życiu publicznym. Dzisiejsza wypowiedź nie jest pod tym względem wyjątkiem. Były artysta dowodzi, że niespecjalnie potrafi odróżnić proces sądowy od publikacji materiałów historycznych z komentarzem („Nie można skazać kogoś wiedząc, że istniała szansa, że to jednak nie był on" tudzież „A my tutaj nie mamy żadnych dokumentów, dowodów z podpisem Wałęsy, mamy oświadczenia esbeków, nie mamy oświadczeń ludzi..."). Poza tym artykułuje dość kontrowersyjny pogląd, jakoby SB-cy nie byli ludźmi, jednak nie jest to raczej przejaw skrajnego antykomunizmu, bowiem już w następnym zdaniu Hołdys wskazuje wiarygodne autorytety („A co jeśli na przykład w katalogu dokumentów partyjnych znajdował się świstek w którym Kiszczak żalił się Jaruzelskiemu - "Kurde, kaperujemy tego Wałęsę od 20 lat i się nie daje"?"). Zawsze sądziłem, że stosunek Zbigniewa Hołdysa do tych dwóch panów był, powiedzmy, krytyczny... Życie jednak bywa zaskakujące.

Chwilę później były muzyk skonstruował jeszcze interesującą definicję rzetelności („Rzetelność polega... Wie Pan prawda to jest znajomość wszystkich faktów, wszystkich.") co w kontekście wcześniej wypowiedzianych słów („bo wie pan, na podstawie karty pracy pana w TVN-ie można ocenić co pan zrobił w TVN-ie, ale pan gdzieś był, pan funkcjonował w życiu, w szkole, w różnych miejscach. Zajrzeć tylko tu i na tej podstawie zbudować opinię oczywiście można, że pan jest wspaniałym dziennikarzem, solidnym, punktualnym i tak dalej, na tym się właściwie kończy opinia pana wedle pracodawców z TVN-u, ale co się dzieje z opiniami innymi, z dogłębną analizą wszelkiej dokumentacji") prowadzi wprost do wniosku, że aby napisać cokolwiek o kimkolwiek, trzeba przeprowadzić dogłębną analizę jego życiorysu. Trochę obawiam się, co by było, gdyby teorie Hołdysa podchwycił Ćwiąkalski i wdrożył do procedur karnych... w każdym razie niemowlęta można by jeszcze od biedy skutecznie sądzić.

Dalej Hołdys dowiódł, że obce są mu kwestie odpowiedzialności, a i z logiką idzie niesporo („Dobrze, no to niech mi ktoś udowodni, że Wałęsa je ukradł. Ja chętnie w to uwierzę jak zobaczę dowód, ale nie można mówić, że on na pewno je ukradł, no bo kto? Wie pan, a jeżeli to Lech Kaczyński, czy Jarosław będąc tam w kancelarii gwizdnęli te dokumenty, no i co? To jest taki sam dowód jak tamten, że to zrobił Wałęsa"). Prosty fakt, że za dokumenty odpowiada osoba, która zażyczyła sobie ich wypożyczenia jakoś nie trafił jeszcze do świadomości byłego artysty.

Hołdysa, muszę przyznać, nawet mi żal. Gdyby wszelkimi sposobami nie czepiał się obecności w życiu publicznym, zapewne nie musiałby popisywać się indolencją i, przede wszystkim, konformizmem. Szkoda.

Przekazane mi przez Spitfire'a materiały przeczytałem i zerknąłem, co jeszcze w internecie dźwięczy w sprawie Lecha Wałęsy. Jeśli nawet wpadło mi do głowy, że wystąpienie Hołdysa jest szczytem groteski, to szybko przyznałem, że jednak nie.

Oto Józef Pinior z SdPl (były opozycjonista, aktualnie działacz postkomunistyczny) zapowiedział** powstanie komitetu „Solidarni z Lechem Wałesą" i ogłosił, że były prezydent jest niedyskutowalną i nienaruszalną instytucją. Prawda, jaki ładny kwiatek? I nawet pachnący- co prawda stalinizmem, ale jednak. Zastanawiam się czy słowa Piniora nie urodziły się pod wpływem czegoś mocniejszego, jednak analizując wcześniejsze dokonania tego polityka dochodzę do wniosku, że albo pan europoseł jest trzeźwy albo jego wątroba cierpi chroniczne katusze. W każdym przypadku przyznaję, że dawno nie dane mi było komentować tak odjechanej (to chyba najlepsze określenie...) wypowiedzi. Pal diabli sam komitet- przeróżnych komitetów ds. czego się da mamy w Polsce na pęczki, jednak określenia „nienaruszalność" i „niedyskutowalność" użyte w odniesieniu do osoby, której rola ewidentnie wymaga omówienia (choćby ze względu na zachowanie na początku lat 90 i nerwowe ruchy ostatnio) i zapewne osądzenia (machlojki z dokumentami) ładnie charakteryzują mentalność środowisk postkomunistyczno-lewoliberalnych. Mentalność sprowadzającą się w gruncie rzeczy do podziału świata na „dobrych" i „złych" i niedopuszczaniu jakiejkolwiek refleksji w kwestiach niewygodnych.

W końcu wygodniej bezmyślnie powtarzać slogany, prawda?

________________________________________

*TVN24, rozmowa z Jarosławem Kuźniarem dzisiaj (06.VII) o 10:20
**http://www.tvn24.pl/-1,1556298,wiadomosc.html

poniedziałek, 26 maja 2008

Naciski

Sprawa eksperta komisji ds. nacisków, byłego pracownika SB Jerzego Stachowicza, znana jest dość powszechnie. Co prawda niechętnie uwypukla się te jej aspekty, które kompromitują Andrzeja Czumę w roli przewodniczącego komisji, jednak nawet najzagorzalszym zwolennikom PO trudno twierdzić, że ich partia odniosła w sprowokowanym przez Widackiego starciu świetne zwycięstwo.

Dzisiaj miał miejsce bardzo ciekawy i bardzo znamienny epizod, potwierdzający pojawiające się tu i ówdzie tezy o nieprzewidzianych prawem powiązaniach rządu i służb specjalnych. Oto posłowie PiS zasiadający w komisji poprosili o wyjaśnienia w sprawie Stachowicza. Kandydaturę tego eksperta zgłaszał Jan Widacki, szerzej znany jako adwokat ludzi lewicy i powiązanego z nią biznesu (Kulczyk); posłowie PiS mają solidne podstawy (wypowiedzi samego Widackiego) by sądzić, iż kandydaturę rekomendowała ABW. Niestety, na wyjaśnienie sprawy nie zgodził się przewodniczący Czuma. Decyzję swoją uzasadnił faktem, iż Stachowicz zrezygnował, więc sprawa jest zamknięta.

Decyzja Andrzeja Czumy jest absolutnym kuriozum. Kwestia, czy ABW wpływa na posłów komisji ds. nacisków na specsłużby jest kluczowa dla pracy komisji. O czym świadczy fakt, że PO- podejrzewająca PiS o nielegalne wpływy na służby- nie chce dopuścić do wyjaśnienia podejrzeń o takie same powiązania sprzymierzonych posłów obecnej kadencji? Spójrzmy, z jaką sytuacją być może mamy do czynienia: komisja powiązana co najmniej personalnie z służbami bada, czy polityczni przeciwnicy aktualnego rządu pozaprawnie wpływali na służby- jest to wydawanie sądu we własnej sprawie i ewidentny przykład totalitarnych skłonności rządu. To, że rekomendowany przez ABW ekspert zrezygnował, nie ma absolutnie żadnego znaczenia. Sprawa musi być wyjaśniona, bo jeśli komisja faktycznie ma powiązania z ABW, przekreśla to sens jej istnienia.

Są dwa możliwe powody podjęcia przez Andrzeja Czumę decyzji o zamieceniu sprawy Stachowicza pod dywan. Albo przewodniczący rzeczywiście zupełnie nie nadaje się na piastowane przez siebie stanowisko, nie orientuje się w materii, którą komisja ma się zajmować i jest, mówiąc delikatnie, niezbyt bystry- albo niechęć do rozjaśnienia sprawy ma inne podłoże, opierając się na pozaprawnych działaniach na linii rząd-służby (i wtedy na stanowisko przewodniczącego komisji nie nadaje się żaden z posłów koalicji; w każdym razie, nadmienię na marginesie, wniosek o odwołanie Czumy jest w pełni uzasadniony).

Jeśli prawdziwa jest pierwsza możliwość, wypada tylko współczuć Platformie poziomu prezentowanego przez jej posłów. Druga możliwość (w świetle ostatnich wydarzeń wokół pracowników komisji weryfikacyjnej bardziej prawdopodobna)- lewe powiązania rząd-służby jest bardzo niepokojąca; nawet bardziej niż sama rekomendacja (powiązania Widackiego z różnymi prominentnymi postaciami III RP wszak zobowiązują) niepokojąca jest reakcja posła Czumy. Problem bowiem sprowadza się wtedy do pytania, dlaczego Platforma nie chce wyjaśnienia tej sp

środa, 21 maja 2008

Prawdziwy heroizm

Apel w obronie Wałęsy. Wreszcie ktoś próbuje dać odpór kampanii nienawiści. Wreszcie ktoś wydał odważne oświadczenie, próbujące położyć tamę szaleństwu. Grupa najwybitniejszych polskich umysłów postanowiła pójść pod prąd.

Sygnatariusze oświadczenia wzywają do "przeciwstawienia się kampanii nienawiści i zniesławienia, która niszczy polską pamięć narodową". Zauważyli przecież Państwo te zmasowane ataki na Wałęsę, wzywające do zrzeczenia się nagrody Nobla i w czambuł go potępiające, wręcz wzywające do popełnienia honorowego samobójstwa. Wszystkie media głośno dopytują o przeszłość Wałęsy, szczują i poszturchują. Były prezydent atakowany jest ze wszystkich stron, prawda? Kampania nienawiści zatacza coraz szersze kręgi, strach, żeby Wałęsa, człek skromny i dobrego serca wytrzymał to psychicznie.

Nie zauważyli Państwo? To trzeba uważniej patrzeć. Tak, jak sygnatariusze apelu.

Idźmy jednak dalej. "Trudno pojąć intencje instytucji i ludzi, którzy podejmują obecnie kampanię oskarżeń i zniesławień wobec Lecha Wałęsy". Jakaż głęboka prawda kryje się w tym prostym zdaniu! Czym bowiem kierują się ludzie, którzy zamiast na okrągło podziwiać Wielkiego Noblistę interesują się jego przeszłością? Zamiast czytać podręczniki wyraźnie mówiące, że Wielki Noblista jest wielki, grzebią w jakichś materiałach o których dokładnie wiadomo, że były tworzone nie na użytek IPNu, ale SB. Co z nich za historycy? Aż zacytuję jeszcze jeden wybitny fragment: "archiwa komunistycznych służb bezpieczeństwa mają stać się instrumentem przekreślenia wizerunku i autorytetu robotniczego przywódcy 'Solidarności'". Otóż właśnie, szanowni Państwo. Wszak wszyscy dokładnie wiedzą, że archiwa te SB przez czterdzieści lat tworzyło tylko i wyłącznie po to, by zdyskredytować Wałęsę i innych działaczy robotniczych. Każdy, kto ośmiela się sugerować, iż zbiory te mogły służyć do czegoś innego czy, nie daj Bóg- zawierają chociaż jedną prawdziwą informację- jest ostatnią szmatą, która lubi babrać się w szambie.

Szmatą zresztą, to mało powiedziane. Światli sygnatariusze apelu wyszukali (za co im serdecznie dziękuję) znacznie lepsze określenie: "policjanci pamięci". Ja to wstrętnie brzmi, prawda? Jak nic pasuje do Cenckiewicza, Gontarczyka i Kurtyki. Obrzydliwe słowo "policjanci" jest jakby dla nich stworzone, jakby tylko dla nich zrezygnowano z mającego tak pozytywne konotacje określenia "milicja". "Policjanci pamięci"... Jakże trafna metafora... Jakież brzmienie... Sami Państwo przyznajcie- "strażnicy miejscy pamięci" brzmiałoby znacznie gorzej. Widać, że jedną z osób podpisanych pod apelem jest wybitna poetka, laureatka literackiej nagrody Nobla.

Obrzydliwi ci policjanci stosują "pełne nienawiści metody tamtych czasów". Tak, proszę Państwa. To prawda Cenckiewicz z Gontarczykiem wskrzeszają stosowane przez SB środki walki z przeciwnikami politycznymi. Badają teczki i ujawniają zawarte w nich materiały, zupełnie jak SBcy. Tylko czekać, jak złapią Wałęsę i pozrywają mu paznokcie.

Gontarczyk z Cenckiewiczem to nie tylko policjanci. To także gwałciciele. "Gwałcą prawdę i naruszają fundamentalne zasady etyczne". Sam widziałem, jak na którejś z konferencji prasowych Gontarczyk był tak jakoś obleśnie uśmiechnięty, ale nie wiedziałem, że to dlatego. Na szczęście nasza elita intelektualna czuwa i obserwuje. Tfu, zboczeńcy z IPN! W ogóle nie mają nad tą prawdą litości; a ona wszak, bidulka, nie dość że nie ma oparcia w rzeczywistości, to jeszcze jest powszechnie i jedynie obowiązująca- to chyba powinno wystarczyć, by kulturalni ludzie, intelektualiści zostawili ją w spokoju... Poza tym powszechnie wiadomo, że nadmiar informacji zabija prawdę.
Ale czego się spodziewać po policjantach?

Bardzo się cieszę, że ktoś wreszcie powiedział "dość". Szczególnie, że powiedziała to niezależna elita, takie tuzy jak Adam Michnik, Wisława Szymborska, Józef Pinior (któremu niewątpliwie szczególnie bliski jest wspomniana w tekście apelu wizerunek Polski- dawał temu wyraz działając w Parlamencie Europejskim) czy Andrzej Wajda (antysystemowy buntownik jeszcze z czasów stanu wojennego). Same prężne umysły znane z obiektywizmu i politycznej niezależności, że o doświadczeniu w walce z komunizmem nie wspomnę. Co poniektórzy poświęcili w tej walce nawet własne wątroby.

Jak widać, mamy jeszcze w kraju bohaterów, którzy są w stanie zaryzykować własną popularność, by własnym podpisem heroicznie bronić uciśnionych i zaszczutych.

niedziela, 18 maja 2008

(Auto)obalanie autorytetu

IPN przygotowuje książkę o kontaktach Lecha Wałęsy z bezpieką. Jak zapowiadają autorzy, w książce mają znaleźć się nieznane dotąd dokumenty tych kontaktów dotyczące.

Trudno, nie przeczytawszy książki, określić czy materiały w niej zawarte świadczą o np. domniemanej współpracy Wałęsy z SB, a jeśli tak- czy są wystarczająco mocne, by taką współpracę wykazać. W ogóle wypowiadanie się na temat zapowiadanej publikacji jest co najmniej ryzykowne, tym bardziej więc dziwią bardzo zdecydowane, zawierające jasno określone stanowisko wypowiedzi co poniektórych polityków.

Sam Wałęsa zachowuje się jak zwykle- chaotycznie, arogancko- śmiesznie po prostu. Wszelkie sugestie o skazach na swojej opozycyjnej przeszłości kwituje stwierdzeniami w stylu tyleż literacko-patetycznym, co pozbawionym treści ("aby tym sposobem wielkie zwycięstwo polskiego Narodu pod moim przewodem zostało w oczach świata zachlapane błotem bezpieki" [tutaj]), zahaczajac czasem o swoje bohaterstwo ("I to ja obaliłem komunizm, a nie Wyszkowski "*). Efekt końcowy byłby komiczny, gdyby nie był żałosny.

Lech Wałęsa swoim zachowaniem bardziej niż ktokolwiek inny przekonuje, że był współpracownikiem SB. Naród nie wie, co może znaleźć się w książce na jego temat (może się ewentualnie domyślać)- Wałęsa, jako bezpośredni świadek wydarzeń niewątpliwie ma świadomość, jakie dokumenty na jego temat mógł znaleźć IPN. Prezentowana przez niego nerwowość (żeby nie powiedzieć- panika) to bardzo mocna poszlaka wskazująca na siłę tych materiałów. Trudno bowiem domniemywać, że cały spektakl, którego Lech Wałęsa jest głównym aktorem, ma na celu tylko i wyłącznie zwrócenie uwagi na powoli zapominanego polityka; inaczej mówiąc- mało prawdopodobnym jest, by Wałęsa wykorzystywał publikację jako okazję do "polansowania się" (jak mawiają moi kuzyni z gimnazjum). Zbyt ryzykowny byłby to "lans", pominąwszy fakt, że zupełnie do Wałęsy nie pasujący.

Oczywiście, samo zachowanie byłego opozycjonisty nie świadczy o jego winie w 100 procentach- po prostu mocno ją sugeruje.

W obronie Wałęsy wystąpili też (kto by parę lat temu pomyślał?) komuniści; nie byle jacy zresztą, ale reprezentujący dwie najbardziej betonowe, postkomunistyczne partie: Ryszard Kalisz (SLD) oraz Stanisław Żelichowski (PSL). Jak stwierdził Kalisz, publikacja IPN jest "atakiem" na Wałęsę (ciekawe, skąd Kalisz ma informacje o "ataku"... przeczytał już książkę?), a IPN zachowuje się, publikując książkę, skandalicznie. Czerwona mentalność z Ryszarda Kalisza wyłazi; stawiam śliwowicę przeciw mineralnej, że publikację skomentuje w arcymerytorycznym stylu "to jest obrzydliwy polityczny atak", nie kłopocząc się o racjonalne argumenty.

Co powiedział jednak Kalisz, to powiedział. W sumie nie wyraził niczego zaskakującego, a tylko dokładnie to, czego można było się po nim spodziewać. Na szczyty pokrętnej retoryki wspiął się za to Żelichowski. Cytat "Mamy mało autorytetów w państwie, wszystkie już próbowaliśmy zniszczyć i autorytet Wałęsy teraz też się próbuje niszczyć. To totalny skandal." (Radio Zet "Siódmy Dzień Tygodnia") jest kwintesencją salonowej mentalności, bezrefleksyjnego podejścia czerwonych "notabli" do rzeczywistości (nie chcę używać cisnącego się na usta określenia "tępy mulizm", ponieważ słowo "mulizm" jest neologizmem).

Proszę zwrócić uwagę na sedno argumentacji Żelichowskiego- nie ruszajmy Wałęsy, bo to jeden z ostatnich "autorytetów" (czerwona mentalność musi mieć kolektywne, czyli uznawane przez wszystkich autorytety, bez powoływania się na które ginie jako podmiot myślący). Z punktu widzenia rozumnego człowieka autorytetem jest osoba, która sobie na takie miano w jakiś sposób zasłużyła i nie przyćmiła swych zasług zachowaniem niegodnym; myślący człowiek sam dobiera sobie autorytety i nie narzuca ich innym. Autorytety "zbiorowe" kreowane są, kiedy ta sama osoba zostanie uznana za autorytet przez wielu ludzi (Jan Paweł II).

Niestety, znaczna część polskich "elit" politycznych (co nie dziwi) i publicystycznych (co dziwi) wyznaje (przyznać trzeba, wygodny, bo nie zmuszający do refleksji) czerwony kult kolektywnych autorytetów. Ot, po prostu ktoś mówi, że ktoś inny jest autorytetem i tak się staje. Od tej chwili nie ma już znaczenia, co dany autorytet robił (i robi), czy jego zasługi nie stają się z czasem coraz bardziej wątpliwe, czy jego zachowanie nie nakazuje zaliczyć go raczej w poczet ludzi niezrównoważonych... Wszelkie zaś próby zwrócenia na takie sprawy uwagi kończą się histerycznymi zachowaniami podejmowanymi w obronie coraz bardziej wątpliwych zasług odgórnie ustanawianych "autorytetów".

I to, proszę Państwa, jest podstawowy problem naszej dyskusji publicznej. Dopóki wszyscy nie zrozumieją, że na swój autorytet pracuje się całe życie i nie ma czegoś takiego jak dożywotniość tego statusu, dopóki nie stanie się jasne, że słowa autorytetów (a szczególnie "autorytetów") nie są tylko wyrocznią, ale też służyć mogą do weryfikacji autorytetu- dopóty nie będziemy mieli w Polsce wolnej debaty świadomych dyskutantów ani legendarnego "społeczeństwa obywatelskiego".

Obawiam się jednak, że co poniektórym właśnie na tym zależy.

_____________________________________________

*Cytat dotyczy odnalezienia przez K. Wyszkowskiego świadka, który twierdził, że Wałęsa przysięgał lojalność SB "na krzyżyk". Wyszkowski znalazł świadka, ale Wałęsa od razu znalazł kontrargument- "ja obaliłem komunizm". Licentia Michnica.