Pokazywanie postów oznaczonych etykietą media. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą media. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 9 grudnia 2008

Wartość oświadczenia i medialna wartość oświadczenia

SB-ek, który wg dokumentów zwerbował Lecha Wałęsę na tajnego współpracownika PRL-owskich służb, zmartwychwstał i przybył z odsieczą byłemu prezydentowi. W oświadczeniu opublikowanym w serwisie "wp.pl" oczyszcza on Lecha Wałęsę z wszelkich podejrzeń o współpracę.

Oświadczenie takie jest, rzecz jasna, w wielu powodów zupełnie bezwartościowe- jednak, jak słusznie zatytułowała poświęcony mu artykuł Wirtualna Polska, bardzo medialne i sensacyjne. Zanim jednak przejdę do analizy ciekawszych aspektów ujawnienia się i wypowiedzi kapitana Graczyka, chciałbym zwrócić uwagę na fakt, iż jego oświadczenie zamieścił na swojej stronie sam Lech Wałęsa (źródło informacji). Tak- ten sam Lech Wałęsa, który, jeśli dobrze pamiętam, opowiadał coś o SB-ckich świstkach i fałszowaniu dokumentów. Jak widać według Wałęsy funkcjonariusze SB fałszowali dokumenty w czasach, kiedy potrzebowali ich do pracy operacyjnej, zaś po zllikwidowaniu komunistycznej służby okazali się nagle ludźmi kryształowo uczciwymi. Ciekawa logika, prawda? Gdyby dalej rozumować w ten sposób, można bez problemu wykazać, że to właśnie SB doprowadziła do upadku PRL- wszak tworzyli ją wspomniani uczciwi ludzie, działający- choćby poprzez fałszowanie dokumentów- na szkodę systemu.

Wracając do meritum- obrońcy Wałęsy twierdzą, że rewelacje Graczyka deprecjonują informacje zawarte w książce "SB a Lech Wałęsa"; sam Wałęsa domaga się wręcz spalenia pozostających w księgarniach egzemplarzy. Ciekawe, czemu nie domaga się spalenia oczyszczającego go wyroku sądu lustracyjnego? Wszak to właśnie sąd lustracyjny stwierdził, że Edward Graczyk nie żyje i na tym oparli swoje w tej kwestii stwierdzenie autorzy książki; skoro obniża się się z tego powodu wartość ich pracy, logiczną jest podobna ocena werdyktu sądu- właściwie ocena dokonań sądu powinna być znacznie surowsza, ponieważ w przeciwieństwie do historyków, sąd miał możliwość sprawdzenia czy Edward Graczyk żyje.

W jaki sposób oświadczenie Graczyka, niepoparte żadnymi innymi przesłankami, będące de facto tylko opisem wspomnień SB-ka może deprecjonować opartą o dokumenty pracę historyczną, dojść nie sposób; w przeciwieństwie do dokumentów, zeznania można zmieniać i wymyślać na poczekaniu, co w oczywisty sposób pomniejsza ich obiektywną wartość. Jeśli uwzględnić towarzyszące sprawie Wałęsy okoliczności, zeznania Graczyka okazują się pozbawione wartości zupełnie.

Po pierwsze, Edward Graczyk nie ponosi właściwie żadnej odpowiedzialności za to, co teraz szumnie oświadcza- nie zeznaje pod przysięgą, nie składa wyjaśnień przed sądem, w związku z czym może mówić, co mu się żywnie podoba. Jego słowa nie znajdują potwierdzenia w dokumentach- kto zwraca na to uwagę? Na pewno nie media.

Po drugie, zauważmy, kiedy Graczyk zmartwychwstał. Nie wtedy, kiedy jego zeznania przydałyby się w czasie rozprawy (pkt pierwszy- wtedy mógłby odpowiadać za swoje słowa). Nie wtedy, kiedy oskarżenia rzucane na Wałęsę opierały się na niejasnych przesłankach i nie były szerzej podnoszone przez media. Graczyk zmartwychwstaje (czy raczej, co samo się narzuca, jest wskrzeszany), kiedy współpraca Wałęsy jest poparta silnymi dowodami historycznymi, a o sprawie wiedzą wszyscy. Zmartwychwstaje i widowiskowo wraca do powoli zamykającego się tematu, przeciw teoriom młodych karierowiczów stawiając zeznanie osoby, która osobiście wszystko widziała (wersja dla mediów), przeciw solidnym dowodom naukowym stawiając wiarygodność byłego SB-ka (rzeczywistość).

Czy przypadkowo można wykonać taką koronkową robotę?

Trzecia sprawa to wszystkie pytania o okoliczności stworzenia (przynajmniej, to wiemy ponad wszelką wątpliwość, na potrzeby procesu lustracyjnego Wałęsy) dokumentów pozwalających wysnuć wniosek, iż Edward Graczyk nie żyje. Kto to zrobił? Wymiar sprawiedliwości? Mające takie możliwości osoby prywatne? Otoczenie Wałęsy? Cenckiewicz z Gontarczykiem tudzież im podobni żyjący odpowiednio wcześniej? Współpracownicy Wałęsy? Któreś ze służb? Sam Graczyk? Po co? Jaka jest rola samego Graczyka? Czy Graczyk to samodzielny rozgrywający czy może pionek? Jeśli pionek, to czyj? Od kogo zależało jego zmartwychwstanie ostatnio? Dlaczego Graczyk zdecydował się wydawać- oficjalnie sam, przez nikogo nieprzymuszany- oczyszczające Wałęsę oświadczenie?

Pytań tego typu można postawić naprawdę sporo.

Rzecz czwarta, niewielka, lecz zasługująca na osobny punkt, to fakt, że Edward Graczyk był oficerem tajnej służby. Oprócz specyficznej mentalności takich ludzi (charakteryzującej się niechęcią do publicznego zdradzania szczegółów pracy, działania bez wyraźnego rozkazu zwierzchnika czy skłonnością do dezinformowania) mamy tu do czynienia z całą masą relacji interpersonalnych, znajomościami, stosunkami zależności, relacjami podwładny-przełożony itp., na dodatek zapewne okraszonych późniejszymi powiązaniami, najogólniej rzecz ujmując, finansowymi. Naiwnością byłoby wszak stwierdzenie, że mafia, jaką była SB w szczególności i władzuchna PRL w ogóle, rozpadła się momentalnie wraz ze zmianą systemu.

Sprawa Edwarda Graczyka to z jednej strony kompromitacja sądów lustracyjnych i wymiaru sprawiedliwości w ogóle- z drugiej zaś klasyczny przykład tworzenia wirtualnej rzeczywistości medialnej, popis potęgi czwartej władzy. Oto widowiskowe, szumne i zupełnie pozbawione merytorycznej wartości oświadczenie zostaje wyartykułowane tak, by wydać się poważniejszym od dobrze udokumentowanej pracy naukowej. Jakiś czas temu postawiłem tezę, że przecież nikt nie broni, by przeciw pracy Gontarczyka i Cenckiewicza, zamiast krzyczeć i obrażać, obrońcy Wałęsy wytoczyli argumenty merytoryczne, oparte na źródłach historycznych. Najwyraźniej jednak takowych nie ma, lub nie ma wśród obrońców Wałęsy wystarczająco kompetentnych historyków, by je odnaleźć. W każdym bądź razie reaktywowanie Graczykawłaśnie teraz dobitnie świadczy o niemożności skonstruowania jakiejkolwiek sensownej obrony Wałęsy i konieczności uczynienia jakiegokolwiek ruchu, mającego zapobiec utrwaleniu się w powszechnej świadomości niewygodnej dla twórców systemu III RP prawdy.

sobota, 9 sierpnia 2008

Czerwcowo-lipcowe refleksje

Istnieje kategoria rzeczy uciążliwych, które obecne są w jakichś tam dziedzinach życia bez przerwy, tak, że w końcu ich uciążliwość przestaje być zauważana, wyraźniej dając o sobie znać przy okazji "zaostrzeń". W przestrzeni publicznej na miano takich rzeczy zapracowują sobie zwykle pewne osoby- lub grupy ludzi, zwykle poprzez ciągłe naruszanie cywilizowanych standardów. Cele takiego działania mogą być oczywiście różne; jedni wykraczają poza dobre obyczaje by zaszokować, inni- by wylansować nowe, prezentowane przez siebie standardy... W jeszcze innych przypadkach decydują mniej racjonalne pobudki- a to niechęć do jakichś idei czy konkretnych osób, a to kompleksy, a to przekonanie o własnej nieomylności i uzasadnionemu tą nieomylnością pozostawaniu ponad obowiązującymi zasadami. Przyczyn może być bardzo wiele, ponadto mogą one występować wspólnie w najprzeróżniejszych konfiguracjach.

W ostatnim czasie mieliśmy do czynienia z dość aktywnym działaniem jednej z takich grup. Grupa ta na co dzień używa w debacie (słowa "debata" używam bardzo na wyrost- jest to raczej monolog) niepolemicznych, erystycznych metod obliczonych na zdyskredytowanie adwersarzy poprzez ich wyprowadzenie z równowagi czy pomówienie o kompromitujące powiązania czy niskie (czasem czysto fizjologiczne) pobudki (tzw. "rzucanie błotem"- zawsze się coś przylepi). Dla grupy tej liczą się przede wszystkim osoby ideowych przeciwników, dogłębna analiza ich motywów czy interesów jest na porządku dziennym, za to przedstawiane przez nich argumenty pomijane są milczeniem (to nawet logiczne- po co słuchać ludzi, którzy mają inne od jedynie słusznego zdanie?). Arsenał używanych metod jest szeroki, jednak dość często powtarzają się niektóre, charakterystyczne dla tej grupy- choćby deprecjonowanie adwersarzy ze względu na młody wiek czy przekonywanie, że są oni niepoważni; dalej- pomawianie o np. "żądzę władzy" czy sugerowanie, iż komuś się wysługują, realizują coś przeciwnego do tego, co oficjalnie głoszą. Dość często wśród przedstawicieli opisywanego towarzystwa powtarza się też podpieranie formalną fachowością i nadużywanie niezwiązanych z meritum umiejętności zawodowych. Istotną rolę pełni też opieranie się na "autorytetach" ("kogo to ja nie znam"- dość charakterystyczne zwłaszcza dla mniej oficjalnych wypowiedzi), skutkujące ich rozpaczliwą obroną przed jakimikolwiek atakami. Obroną oczywiście wpisującą się w schemat, czyli opartą na oskarżaniu osób autorytety kwestionujących o zazdrość, chęć łatwego zdobycia poklasku czy nadmiar ambicji (że o małości i niewychowaniu nie wspomnę). Na porządku dziennym są także zupełnie oderwane od rzeczywistości insynuacje czy charakterystyczne zwłaszcza dla ostatnich czasów podejście negujące ludzi ze względu na upodobania czy to kulturalne, czy medialne ("to prymityw i ciemnogród... wiesz, czego on słucha? [tu pada nazwa, przeważnie jednej z rozgłośni radiowych] i czego się po takim spodziewać?").

Ze względu na to, że wiele już na poruszony przeze mnie temat powiedziano, wiele adrenaliny zużyto na wyzwolenie burzliwych emocji niezbędnych do nie mniej gwałtownych awantur- i w związku z tym kolejny wpis nie ma szczególnych szans stać się jakimś przełomem czy choćby przyczynkiem do dyskusji- miałem zamiar nie używać konkretnych nazw i nazwisk. Uznałem jednak, że powyższy opis pozwala na bezbłędne zidentyfikowanie rzeczonej grupy, więc dalsze jej zamilczanie byłoby li tylko sztuką dla sztuki. Oczywiście chodzi o środowiska tzw. "salonu", czyli towarzystwo wyznawców Michnika Adama i wskazanych przez niego świętych laickich. Wypisać główne przewiny tego środowiska zdecydowałem się w tym, a nie innym terminie z dwu powodów. Po pierwsze, mieliśmy ostatnio do czynienia ze wspomnianym na początku "zaostrzeniem", zresztą dość potężnym- najpierw z okazji wydania książki o Wałęsie, potem pogłębionym śmiercią Geremka. Po drugie, uodpornienie na gwałcenie przez to środowisko kultury wzrasta systematycznie pomimo, iż samo środowisko traci siłę oddziaływania- to przykra sprawa, ponieważ pokazuje, że antykulturowy cel został osiągnięty i stylem "GW" przesiąkła zdecydowana większość z nas, zapewne nawet osoby, które to medium i jego przybudówki tudzież przedstawicielstwa zwalczają. Nic w tym właściwie dziwnego- metody te używane są przez "salon" właściwie ciągle (zmienia się tylko nasilenie), a że są niezwykle skuteczne, to podpatrzone w czasie walki kuszą, by ich użyć...

Choćby z szacunku dla kulturalnego dorobku naszej cywilizacji, teraz systematycznie odrzucanego, trzeba jednak je odrzucić. Niedługo rocznica Bitwy Warszawskiej- warto podkreślić różnicę pomiędzy cywilizacją a dzikimi czerwonymi hordami.

czwartek, 17 lipca 2008

Suplement do bojkotu

Niezbyt, przyznam szczerze, chce mi się komentować PiSowski bojkot TVN i TVN24. TVNu nie oglądam wcale, TVN24- sporadycznie. Jestem estetą, więc sposób przekazywania informacji przez tą stacją mnie rani, zaś gruby humor prezentowany w jednym z TVNowskich programów wywołuje co najwyżej uśmiech politowania... Chociaż może z tym "grubym humorem" TVNu może trochę przesadziłem. Na przykład rzecznik stacji, Karol Smoląg, popisał się dzisiaj humorem wyrafinowanym, twierdząc, że "Stacja z niepokojem i ze smutkiem przyjęła tę informację. Świadczy ona o tym, że jedna z największych partii politycznych w Polsce nie rozumie roli i zasad, którymi kierują się wolne media". Aż ciśnie się na usta pytanie- od kiedy to wolne media tworzone są przez współpracowników bezpieki państwa totalitarnego i przy użyciu kapitału, o którego pochodzeniu strach pisać, jeśli nie ma się na zbyciu grubej kasy na wynajęcie batalionu adwokatów?

Większość komentatorów zgodnie twierdzi, że bojkot przyniesie Prawu i Sprawiedliwości więcej szkody niz pożytku. Być może. Zaznaczę od razu, że opinie w tym tonie warto brać pod uwagę tylko, jeśli nie są pisane przez dziennikarzy (czy ogólniej- osoby zatrudniane w mediach); dziennikarze zniechęcajacy do bojkotowania mediów wypowiadają się oczywiście we własnym interesie, ich głos więc sporo traci... Szczególnie, jeśli wziąć pod uwagę, że Jarosław Kaczyński stwierdził, iż dziennikarze TVN przyłączają się do rynsztoka i właśnie z tego powodu PiS nie zamierza się z tą stacją kontaktować. Jakie media w Polsce od dawna już miano rynsztokowych i brukowych dzierżą, kto je wydaje i jakie inne tytuły do tego wydawcy należą- te skojarzenia pozostawiam czytelnikom. Dla ułatwienia można zerknąć na powstałe na ten temat w S24 notki... Wypowiadający się krytycznie o bojkocie dziennikarze wiedzą, że i ich medium może zostać zbojkotowane; dobrze wtedy móc liczyć na wdzięczną odsiecz.

W samej ocenie strat i zysków, jakie może przynieść PiSowi bojkot TVN24 dobrze wziąć pod uwagę jedną rzecz. Otóż wszyscy krytycy tego posunięcia podkreślają, że stacje Wejcherta i Waltera to centrum życia politycznego, opiniotwórczość etc. Zgoda. TVN24 to potężny przekaźnik informacji, miejsce kreacji PR-u, polityczna rewia mody- ale także miejsce, w którym wypowiadajacy się muszą dopasowywać się do specyficznego schematu, zakładającego m.in. dominację osoby prowadzącej program nad zaproszonymi gośćmi. O ile partiom z głównego nurtu- Platformie czy SLD taka sytuacja pasuje (raz, że prowadzący są im przychylni, dwa- styl wypowiedzi tych partii jest komplementarny do formy używanej przez telewizję) o tyle Prawu i Sprawiedliwości niekoniecznie. Nie chodzi nawet o nieprzychylność prowadzących (choć nie jest ona nieistotna). By zobaczyć, gdzie jest pies pogrzebany, wystarczy zwrócić uwagę na linię, jaką od chwili swojego powstania realizuje PiS. Partia ta odcina się od głównego nurtu polityki, określanego jako III RP i stara się (mniej lub bardziej skutecznie) być postrzegana jako byt różny od reszty sceny politycznej. Występy w TVN wymagają zaś- choćby chwilowego- powrotu do nurtu III RP, czyli przyjęcia form używanych w głównym nurcie walki politycznej. Mówiąc inaczej- PiS, krytykując zasady rządzące III RP i jednocześnie korzystając z wyrosłych na tych zasadach mediów pozostaje w pewnej sprzeczności, której ciągnięcie uzasadnione jest jedynie możliwością zaprezentowania własnej wizji szerszemu audytorium. W sytuacji, kiedy poziom, nazwijmy to najogólniej- kulturalny stacji drastycznie spada, straty wynikające ze zgniłego kompromisu przeważają zyski z pokazania się na antenie i bojkot nie musi być takim znowu złym rozwiązaniem.

Dla zilustrowania (to już na marginesie) powyższej sytuacji można wyobrazić sobie np. Marka Jurka udzielającego wywiadu "Nie". Rozgłos murowany, ale śmiem wątpić czy zysk polityczny byłby dla polityka oszałamiający; na odwórt, Grzegorz Napieralski niewątpliwie wywołałby bardzo duże zainteresowanie występując w Radio Maryja, ale nie wiem czy jego elektorat byłby takimwystępem zachwycony. To oczywiście przykłady bardziej skrajne, ale podobnego rodzaju.

środa, 11 czerwca 2008

Dokąd płynie Ponton?

Postać prezesa TVP Andrzeja Urbańskiego, przyznam szczerze, nie budzi mojej szczególnej sympatii. Urbański- na pierwszy rzut oka współpracownik braci Kaczyńskich- jest w rzeczywistości bardzo samodzielnym i skrajnie wyrachowanym graczem, posiadającym rozległe (momentami koszmarne) powiązania. Dzisiaj "Ponton" stał się bohaterem publikacji portalu "Dziennik" ze względu na spekulacje na temat możliwości wejścia postkomunisty Dubaniowskiego do zarządu TVP.

Być może moja niechęć do Urbańskiego spowodowana jest okolicznościami, jakie towarzyszyły jego obsadzeniu na stanowisku prezesa TVP. Bronisław Wildstein nadawał się na szefa publicznej telewizji jak mało kto. Nie ma sensu wychwalanie jego osoby; dość, że taki prezes gwarantował niezależność telewizji bez względu na polityczne zawieruchy. Zastąpienie Wildsteina Urbańskim było posunięciem zdecydowanie głupim, zresztą zemściło się na Jarosławie Kaczyńskim, kiedy Andrzej Urbański (wraz z całą TVP) aktywnie włączył się w kampanię wyborczą Platformy (akcja "idź na wybory") i walnie przyczynił do porażki swego protektora. Nie chcę snuć spiskowych teorii, trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że Andrzejem Urbańskim nie powodowała wtedy głupota.

Urbański jest bowiem człowiekiem na swój sposób niezależnym i swoją niezależność ceniącym. Oczywiście jest to niezależność inna, niż niezależność np. Wildsteina. Obrazowo porównać można te dwie postaci do pływających po morzu statków (lub, tradycyjnie "Pontona" Urbańskiego, do pontonu)- tyle, że Wildstein płynie obranym przez siebie kursem, podczas gdy Urbański dryfuje z prądami, z którymi mu akurat dryfować wygodnie.

Wydawać by się mogło, że aktualny prezes TVP, agitując w czasie kampanii wyborczej 2007 przeciw PiS podcina gałąź, na której siedzi; kojarzony mimo wszystko z partią Kaczyńskich. Z punktu widzenia PO związanie Urbańskiego jako szefa TVP z PiS jest oczywiście korzystne, pozwala bowiem na lansowanie platformerskiej wizji rządów Jarosława Kaczyńskiego; wątpliwe, by Andrzej Urbański liczył na powyborczą wdzięczność Tuska- jeśli nawet, to alternatywny scenariusz opracowany miał perfekcyjnie.

Paradoksalnie porażka wyborcza PiS okazała się dla Urbańskiego korzystna. Jarosław Kaczyński, nawet jeśli miał do swego byłego protegowanego pretensje o wsparcie wroga, nie mógł pozwolić sobie na uzewnętrznienie uczuć- on sam przestał być premierem, Urbański zaś wciąż zajmuje jedno z kluczowych stanowisk w państwie. Odrzucony przez PO znów może być wykorzystywany jako sojusznik PiS- tym razem jednak to on rozdaje karty i mimo zapędów Platformy potrafi utrzymać się na stanowisku tym bardziej, że ma pełne wsparcie PiS i prezydenta (jakikolwiek inny prezes TVP będzie oczywiście dyspozycyjny wobec PO, lepiej więc postawić na krnąbrnego, ale przez PO nielubianego Urbańskiego).

Obiektywnie patrząc, wziąwszy pod uwagę obecne warunki, trudno dostrzec lepszego niż Urbański kandydata na stanowisko prezesa TVP. Każdy wskazany przez PO będzie oczywiście prorządowy- Tusk nie pozwoli sobie na kogokolwiek niezależnego, obojętne, czy będzie to niezależność w stylu Wildsteina, czy specyficznie pojmowana niezależność typu Urbańskiego; weźmie miernego i wiernego, kierując się kryteriami analogicznymi do tych, które stosował dobierając swoich ministrów. Więcej zaś prorządowych mediów to mniej pluralizmu. Urbański, choć gra po tej samej stronie co PiS, w gruncie rzeczy nie gra z PiS w jednej drużynie. Do specyficznie pojmowanej niezależności dołożył swoistą apolityczność- w tym sensie, że nie jest zależny od żadnej siły politycznej (choć jest siła polityczna w pewnej mierze zależna od niego). Mimo wszystko wypada taką sytuację docenić, można też pośmiać się pod wąsem z sytuacji, w której rząd jest bardziej antytelewizyjny, niż telewizja antyrządowa.

Jak więc widać, zagrywki zmierzające do zainstalowania w radzie nadzorczej TVP Waldemara Dubaniowskiego (czy wcześniej wstawienie do Rady Programowej Gadzinowskiego) to zagrywki Urbańskiego, który wykorzystuje niemoc PiS do utrzymania się na stołku. Dla Prawa i Sprawiedliwości zmiana prezesa TVP byłaby równoznaczna z rozszerzeniem antyPiSowskiego jazgotu z mediów prywatnych na telewizję publiczną (czyli właściwie jazgot objąłby całą telewizję- w tym medium pluralizm zostałby ostatecznie wyeliminowany). PiS zrobi wiele, by do tego nie dopuścić- lepsza jest, jak już wspomniałem, specyficznie niezależna telewizja Urbańskiego niż kolejna tuba propagandystów Tuska.

Urbański, gracz doświadczony i bezwzględny, nie omieszkuje się tego wykorzystywać i konsekwentnie buduje swoją pozycję. Pytanie tylko, co zamierza z tak przygotowanego stanowiska osiągnąć- nie podlega wątpliwości, że jako pierwszy samowładny szef TVP ma olbrzymie pole manewru.

wtorek, 10 czerwca 2008

Artykuł Joanny Stanisławskiej- głupota, nienawiść czy manipulacja?

Na wp.pl pojawił się artykuł niejakiej Joanny Stanisławskiej dotyczący głośnej sprawy czternastolatki, która być może w wyniku gwałtu zaszła w ciążę i być może chce tą ciążę usunąć. Trudno jednoznacznie określić, bowiem relacje zmieniają się jak w kalejdoskopie. Faktem niezaprzeczalnym jest, że organizacje proaborcyjne zwietrzyły w sprawie kolejną okazję na promowanie obowiązku aborcyjnego.

Inkryminowany artykuł jest dość prymitywną agitką proaborcyjną, zawiera jednak dwa dość znamienne fragmenty. Pierwszy to wypowiedź Joanny Sochackiej, adwokata, która porównuje sprawę czternastolatki ze sprawą Alicji Tysiąc (gdyby ktoś zapomniał- to ta pani, która wyprocesowała odszkodowanie za niezamordowanie jej dziecka- w chwili ogłoszenia wyroku dziecko miało 6 lat- to się nazywa prawdziwa matczyna miłość, prawda?). Pani Sochacka twierdzi, że niewykonywanie aborcji to dla Państwa Polskiego najlepsza droga, by przegrać kolejny proces (przed jakimś fikuśnym eurotrybunałem).

Otóż nawet gdyby chodziło o przegrywanie przed tym- czy jakimkolwiek innym, nawet poważnym- trybunałem choćby i dziesięciu czy stu procesów- to jedno życie, które dzięki takiemu działaniu zostanie ocalone, jest tego warte. Być może dla ludzi nieczułych, wypranych z człowieczeństwa, porównywanie wartości życia dziecka z wartością odszkodowania (czy wątpliwą wartością symboliczną samego "wyroku") jest zasadne- ale takie porównania świadczą tylko i wyłącznie o wyzuciu z człowieczeństwa porównujących i są niedopuszczalne w cywilizowanym społeczeństwie.

Drugi istotny fragment to opinia samej autorki artykułu: "w efekcie ciągłego nękania przez działaczy organizacji pro-life dziewczyna doznała silnego krwotoku". Jestem człowiekiem spokojnym i niepoddającym się emocjom, ale przyznam, że ten kawałek mnie wkurzył. Rozważmy, jak wygląda sytuacja. Ciężarna czternastolatka, ciąża oczywiście pierwsza. Rodzina najwyraźniej patologiczna. Stresy związane z hospitalizacją. Szum medialny ("Wyborcza", "Newsweek" szczególnie). Aktywistki ruchów proaborcyjnych. Działacze organizacji pro-life. Cała masa możliwych przyczyn krwotoku, który zapewne spowodowany został zsumowaniem się wszystkich powyższych czynników ze szczególnym uwzględnieniem niedojrzałości organizmu dziewczyny. Tymczasem Stanisławska wie dobrze- krwotok spowodowało nękanie przez działaczy organizacji pro-life.

Prymitywne pojmowanie świata, nienawiść do inaczej myślących czy świadoma chęć manipulacji?

niedziela, 1 czerwca 2008

Po co reanimować komunę?

Medialna otoczka wyborów szefa SLD jest czymś, czego żadną miarą nie można racjonalnie uzasadnić. Oto szczęśliwie dogorywająca partia komunistyczna (owszem- rządząca krajem przez 40 lat bez przerwy, później zaś pod zmienioną nazwą, do władzy powracająca, ale w obecnej chwili legitymująca się poparciem charakteryzującym raczej partie kanapowe) wybiera swojego zapewne ostatniego szefa. Sprawa faktycznie, dość istotna, ale raczej z kronikarskiego punktu widzenia; media tymczasem robią z niej główne wydarzenie weekendu.

SLD należy do kilku partii w Polsce- obok PSL, SdPl, UP, Samoobrony i (dzięki koalicji LiD) Partii Demokratycznej, nad którymi powinniśmy litościwie spuścić zasłonę milczenia. Te wywodzące się z PZPR/ZSL partie, w szczególności zaś właśnie SLD i PSL, które w istocie są PZPRem i ZSLem (zmieniła się tylko nazwa- pozostała ciągłość strukturalna i majątkowa) to uosobienie patologii polskiego systemu politycznego, zaś ich agonia jest nadzieją na tego systemu uzdrowienie. Ponieważ- przynajmniej w teorii- panuje w naszym kraju wolność zrzeszania się i wolność poglądów, nawet ludzie systemu totalitarnego mają prawo tworzyć swoje stronnictwa i głosić swoje poglądy. Nikt nie zamierza im tego odebrać (choć oni robili to przez 40 lat PRLu)- nie rozumiem jednak, jaki sens jest w usilnym lansowaniu ich chorych struktur. Owszem, informacja o wyborach i ich wynikach powinna się znaleźć w mediach, ale znajmy miarę rzeczy- nawet gdyby chodziło o wybory szefa normalnej (nie mającej totalitarnych konotacji) kanapowej partii, nie można z tego robić wydarzenia miesiąca. W sytuacji, kiedy mamy do czynienia ze znajdującym się w stanie agonii tworem, nie legitymującym się żadnymi związkami z polityczną normalnością, próby reanimacji są zwyczajnie niesmaczne.

środa, 21 maja 2008

Prawdziwy heroizm

Apel w obronie Wałęsy. Wreszcie ktoś próbuje dać odpór kampanii nienawiści. Wreszcie ktoś wydał odważne oświadczenie, próbujące położyć tamę szaleństwu. Grupa najwybitniejszych polskich umysłów postanowiła pójść pod prąd.

Sygnatariusze oświadczenia wzywają do "przeciwstawienia się kampanii nienawiści i zniesławienia, która niszczy polską pamięć narodową". Zauważyli przecież Państwo te zmasowane ataki na Wałęsę, wzywające do zrzeczenia się nagrody Nobla i w czambuł go potępiające, wręcz wzywające do popełnienia honorowego samobójstwa. Wszystkie media głośno dopytują o przeszłość Wałęsy, szczują i poszturchują. Były prezydent atakowany jest ze wszystkich stron, prawda? Kampania nienawiści zatacza coraz szersze kręgi, strach, żeby Wałęsa, człek skromny i dobrego serca wytrzymał to psychicznie.

Nie zauważyli Państwo? To trzeba uważniej patrzeć. Tak, jak sygnatariusze apelu.

Idźmy jednak dalej. "Trudno pojąć intencje instytucji i ludzi, którzy podejmują obecnie kampanię oskarżeń i zniesławień wobec Lecha Wałęsy". Jakaż głęboka prawda kryje się w tym prostym zdaniu! Czym bowiem kierują się ludzie, którzy zamiast na okrągło podziwiać Wielkiego Noblistę interesują się jego przeszłością? Zamiast czytać podręczniki wyraźnie mówiące, że Wielki Noblista jest wielki, grzebią w jakichś materiałach o których dokładnie wiadomo, że były tworzone nie na użytek IPNu, ale SB. Co z nich za historycy? Aż zacytuję jeszcze jeden wybitny fragment: "archiwa komunistycznych służb bezpieczeństwa mają stać się instrumentem przekreślenia wizerunku i autorytetu robotniczego przywódcy 'Solidarności'". Otóż właśnie, szanowni Państwo. Wszak wszyscy dokładnie wiedzą, że archiwa te SB przez czterdzieści lat tworzyło tylko i wyłącznie po to, by zdyskredytować Wałęsę i innych działaczy robotniczych. Każdy, kto ośmiela się sugerować, iż zbiory te mogły służyć do czegoś innego czy, nie daj Bóg- zawierają chociaż jedną prawdziwą informację- jest ostatnią szmatą, która lubi babrać się w szambie.

Szmatą zresztą, to mało powiedziane. Światli sygnatariusze apelu wyszukali (za co im serdecznie dziękuję) znacznie lepsze określenie: "policjanci pamięci". Ja to wstrętnie brzmi, prawda? Jak nic pasuje do Cenckiewicza, Gontarczyka i Kurtyki. Obrzydliwe słowo "policjanci" jest jakby dla nich stworzone, jakby tylko dla nich zrezygnowano z mającego tak pozytywne konotacje określenia "milicja". "Policjanci pamięci"... Jakże trafna metafora... Jakież brzmienie... Sami Państwo przyznajcie- "strażnicy miejscy pamięci" brzmiałoby znacznie gorzej. Widać, że jedną z osób podpisanych pod apelem jest wybitna poetka, laureatka literackiej nagrody Nobla.

Obrzydliwi ci policjanci stosują "pełne nienawiści metody tamtych czasów". Tak, proszę Państwa. To prawda Cenckiewicz z Gontarczykiem wskrzeszają stosowane przez SB środki walki z przeciwnikami politycznymi. Badają teczki i ujawniają zawarte w nich materiały, zupełnie jak SBcy. Tylko czekać, jak złapią Wałęsę i pozrywają mu paznokcie.

Gontarczyk z Cenckiewiczem to nie tylko policjanci. To także gwałciciele. "Gwałcą prawdę i naruszają fundamentalne zasady etyczne". Sam widziałem, jak na którejś z konferencji prasowych Gontarczyk był tak jakoś obleśnie uśmiechnięty, ale nie wiedziałem, że to dlatego. Na szczęście nasza elita intelektualna czuwa i obserwuje. Tfu, zboczeńcy z IPN! W ogóle nie mają nad tą prawdą litości; a ona wszak, bidulka, nie dość że nie ma oparcia w rzeczywistości, to jeszcze jest powszechnie i jedynie obowiązująca- to chyba powinno wystarczyć, by kulturalni ludzie, intelektualiści zostawili ją w spokoju... Poza tym powszechnie wiadomo, że nadmiar informacji zabija prawdę.
Ale czego się spodziewać po policjantach?

Bardzo się cieszę, że ktoś wreszcie powiedział "dość". Szczególnie, że powiedziała to niezależna elita, takie tuzy jak Adam Michnik, Wisława Szymborska, Józef Pinior (któremu niewątpliwie szczególnie bliski jest wspomniana w tekście apelu wizerunek Polski- dawał temu wyraz działając w Parlamencie Europejskim) czy Andrzej Wajda (antysystemowy buntownik jeszcze z czasów stanu wojennego). Same prężne umysły znane z obiektywizmu i politycznej niezależności, że o doświadczeniu w walce z komunizmem nie wspomnę. Co poniektórzy poświęcili w tej walce nawet własne wątroby.

Jak widać, mamy jeszcze w kraju bohaterów, którzy są w stanie zaryzykować własną popularność, by własnym podpisem heroicznie bronić uciśnionych i zaszczutych.

sobota, 12 kwietnia 2008

Bojkot- refleksje

Ogłoszony przez kilkunastu blogerów s24 bojkot obcych mediów (obcych nie tyle światopoglądowo, co ideowo- to znaczy manipulujących, notorycznie mijających się z prawdą i aspirujących do roli ośrodków politycznych), który zresztą poparłem, okazał się sukcesem. Nie chodzi tylko o to, że pomimo obcięcia go na SG dowiedzieli się o nim praktycznie wszyscy Użytkownicy s24 (zresztą małej roli SG i co za tym idzie- administracji s24 dowiódł swego czasu Nicpoń). Przede wszystkim istotne są reakcje, jakie spowodował.

Reakcje, trzeba od razu przyznać, chociaż liczne, nie były zaskakujące; wręcz modelowo odpowiadały temu, czego można spodziewać się po poszczególnych blogerach. Scharakteryzuję zjawisko krótko na podstawie trzech głosów.

Popisowiec. Czytam Jego blog raz na jakiś czas i w tej chwili trudno mi przypomnieć sobie, żeby zamieścił na nim coś kontrowersyjnego- a nawet jeśli, to w nader wyważonym tonie blogera obiektywnego. Popisowiec obrywa za to z prawa i z lewa. Bardziej z lewa, bo perfidnie (zaliczenie przez lewicowców do grona "najsensowniejszych prawicowych blogerów" to potężne poderwanie jego wiarygodności po stronie prawej).
Także reakcja popisowca na bojkot jest wyważona; popisowiec z bojkotem się nie zgadza, ale spokojnie, rzeczowo swoją niezgodę argumentuje. Problem w tym, że argumentuje zupełnie niepolemicznie- pisze np. o tym, że problemy podnoszone w bojkotowanych mediach są niewygodne i właśnie to jest bojkotu powodem. Stwierdzenie to jest nieprawdą, w tej chwili nie ma bowiem polemiki pomiędzy środowiskiem "GW" czy "Dziennika" a środowiskiem "GaPola" i "NP", że o "Najwyższym Czasie" nie wspomnę. Nie ma ideowego sporu pomiędzy "Polityką" czy "Trybuną" a "Radiem Maryja" i resztą koncernu o. Rydzyka. Niewygodne treści zamieszczane w takich mediach, jak "GW", "Dziennik" czy TVN nie obejmują kwestii spornych ideowo, ale zależą od tego, że media te używają dla dowodzenia swoich racji chwytów niedozwolonych- niepodważalnych autorytetów, szufladkowania adwersarzy jako faszystów tudzież psychopatów i, przede wszystkim, podawania informacji nieprawdziwych bądź zmanipulowanych. Nie będzie polemiki, dopóki te media nie będą uczciwe- nawet fakt popierania przez nie określonej opcji politycznej nie usprawiedliwia używania wszelkich środków do zwalczania przeciwników.

Jaga. Zupełne niezrozumienie celu akcji ("obce media" zinterpretowane jako "zagraniczne" to tylko najśmieszniejszy przykład; Jaga wie, że akcja trwa "kilka dni", ale nie zadała sobie trudu, by dowiedzieć się, o co chodzi, pisze więc, co jej się wydaje). Cały wpis oparty na analizie, które media i portale mają większościowy udział kapitału zagranicznego- czyli Jaga uderza swoim wpisem w zupełną próżnię, bo przecież nie o to w bojkocie chodzi. Najważniejsze jednak, że uderza i niektórym wydaje się nawet, że celnie.
Nadmienię przy okazji, że nie zamierzam rezygnować z czytania "Rzeczpospolitej" pomimo bodaj brytyjskiego właściciela; podobnie swego czasu czytywałem "Dziennik", który kiedyś był medium znacznie porządniejszym niż obecnie, wyróżniając się głównie otwartością na różne poglądy. Niestety, już przestał, włączając się do walki o rząd dusz z "GW".

Jacek Jarecki. Byłbym wstrząśnięty, gdyby bloger z kręgów UPR/"Najwyższy Czas" (nie chcę szufladkować, po prostu z tymi podmiotami JJ się kojarzy) pochwalił jakąś zbiorową inicjatywę (tak tak, piszę cokolwiek z przymrużeniem oka, jeśli ktoś się nie domyślił). Właściwie krytyka JJ jest jedyną sensowną, na jaką się natknąłem i przyznam, że w pewnej mierze przyznaję p. Jareckiemu rację ("trzeba wiedzieć, co knuje wróg", jak to JJ barwnie określa). Wracam jednak do wyżej postawionego problemu i twierdzę, że w gazetach typu "Wyborczej" mniej jest "knucia", a więcej tępej (nie użyję brutalniejszego sformułowania, chociaż mnie korci) agitki, z której żadnego pożytku nie ma.
Swoją drogą nie kupuję "GW" nawet dla płyt z wartościowym czasem materiałami. Mamy na Dworcu Fabrycznym w Łodzi taki fajny sklepik, w którym można takie płyty nabyć z kilkudniowym opóźnieniem.

Przyłączyłem się do bojkotu i choć dostrzegam pewne jego słabości, uważam, że taka akcja jest potrzebna. Nie przyczyni się co prawda do spadku czytelności bojkotowanych tytułów, jednak może pozytywnie wpłynąć na odbiór prezentowanych w nich treści; uważane są one przez wiele osób za "obiektywne" lub "wyrażające poglądy autorów", w rzeczywistości zaś wyrażają poglądy ludzi umacniających swą pozycję polityczną lub biznesową (niekoniecznie osobiście je piszących). Warto zwracać na to uwagę.