Pokazywanie postów oznaczonych etykietą etyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą etyka. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 7 października 2008

Stowarzyszenie Maxa Plancka- centrum nienawiści i zacofania?

Popełniłem wczoraj notkę na temat prof. Wolszczana, kończąc ją pytaniem o, ogólnie biorąc, powiązanie nauki i etyki. Podczas trwającej ostatnio dyskusji na temat ewentualnego Nobla dla Wolszczana (na szczęście nagrodę otrzymali fizycy badający cząstki elementarne) dość wyraźnie zaznaczało się stanowisko zupełnie te dziedziny rozdzielające- brutalnie rzecz ujmując "co z tego, że sk..., ważne, że zdolny". Oczywiście osoby twierdzące, że Nobel dla Wolszczana byłby niekorzystny z punktu widzenia przyzwoitego, uczciwego człowieka z automatu zaliczano do zawistników, ludzi "nie rozumiejących, że świat nie jest tylko czarny i biały" itd.itd. Obelgi używane przez przeciwników lustracji znane są powszechnie.

Pewni ludzie, niestety, nie są w stanie zrozumieć, że istnieją osoby krytykujące pewne zachowania nie ze względu na osobiste odczucia, ale z szacunku dla elementarnych zasad etycznych; stąd właśnie biorą się oskarżenia o nienawiść czy zazdrość i chęć dokopania "lepszym od siebie".

Jak donosi portal Dziennik.pl (źródło) pojawiła się właśnie szansa na wytłumaczenie rzeczy za pomocą prostego, przejrzystego przykładu. Oto rzeczniczka Stowarzyszenia Maxa Plancka stwierdziła, że profesor Wolszczan nie jest już mile widziany jako pracownik Instytutu Maxa Plancka w Bonn ("Wiemy, że prof. Wolszczan współpracował z komunistycznymi służbami, gdy był pracownikiem naszego instytutu. Nie jest u nas już mile widziany"). Dośc istotnym jest też sformułowanie "Zatrudnienie osoby z taką przeszłością byłoby niezgodne z etycznymi zasadami naszej instytucji".

Ot, zasady etyczne nie pozwalają na zatrudnienie wybitnego naukowca tylko dlatego, że okazał się on kapusiem. Zawiść? Zacofanie? Czarno-biała wizja świata? Chęć rozliczeń? Solidarnościowa martyrologia? Ograniczone spojrzenie?

A może po prostu zwyczajna, szara, zupełnie niemedialna, pozbawiona siły uderzeniowej przyzwoitość?

poniedziałek, 6 października 2008

Czego chciał Nobel?

Norweski działacz pokojowy F. Heffermehl przyjrzał się w opublikowanej ostatnio książce laureatom Pokojowej Nagrody Nobla pod kątem spełniania przez nich kryteriów zadanych przez samego fundatora. Heffermehl twierdzi, że o ile przed rokiem 1945 kryteria te spełniało 85% laureatów, o tyle w czasach powojennych- tylko 45%. Nie wnikając głębiej w samą analizę, warto zwrócić uwagę na wskazywaną przez nią tendencję i zauważyć pewną analogię z naszym lokalnym „noblowskim" podwórkiem. Krótko mówiąc- porównajmy naszych przed- i powojennych laureatów.

Ci pierwsi- Curie-Skłodowska, Sienkiewicz i Reymont- są zgodnie uznawani za osoby chwalebnie zapisane w naszej historii. Laureaci powojenni zaś, nie odbierając im oczywiście zasług, to bez wyjątku osoby budzące kontrowersje, niekoniecznie mogące pochwalić się kryształowym życiorysem. Czesław Miłosz, tuż po wojnie wysługujący się komunistom, po zerwaniu się ze smyczy krytykujący twórców, którzy robili mniej więcej to samo, co on. Wisława Szymborska, w czasach stalinizmu zachwycona radzieckim zbrodniarzem i dająca temu wyraz w zaangażowanych wierszach. Wreszcie Lech Wałęsa, człowiek, powiedzmy, umiarkowanego formatu, którego historia ze złośliwym chichotem postawiła obok największych Polaków. Owszem, tak Miłosz, jak Wałęsa czy Szymborska zapewne spełnili kryteria wymagane, by zdobyć Nobla... jednak w porównaniu z Curie-Skłodowską, Sienkiewiczem czy Reymontem wypadają, co tu gadać, bladziutko.

Podobnie sprawa ma się z naszym potencjalnym noblistą, profesorem Wolszczanem. Jego osiągnięcia naukowe zapewne wystarczają do przyznania mu tej prestiżowej nagrody- jakkolwiek, gdyby nie był donosicielem, raczej nie osiągnąłby tego, co udało mu się dzięki współpracy z systemem totalitarnym. Ewentualna nagroda nie ustawi go wśród powszechnie szanowanych, kryształowych Postaci, podobnie jak nie zaliczyła do nich Miłosza, Wałęsy czy Szymborskiej. Podobnie jak te trzy osoby, Wolszczan stanie się co najwyżej głównym bohaterem sporów, przez jednych wysławiany, przez drugich bezwzględnie krytykowany; obawy więc, że ewentualna nagroda dla Wolszczana będzie potężną bronią w rękach przeciwników lustracji, są chyba przesadzone. Warto jednak zadać sobie inne pytanie- czy zamysłem Alfreda Nobla, ustanawiającego nagrody za osiągnięcia naukowe, było wsparcie rozwoju nauki- czy może zachęcanie do dokonywania odkryć za wszelką cenę, bez względu na drugiego człowieka, elementarną przyzwoitość czy jakiekolwiek zasady? Tegoroczny werdykt Królewskiej Szwedzkiej Akademii Nauk będzie niewątpliwie pomocny podczas udzielania odpowiedzi.

poniedziałek, 11 sierpnia 2008

Styl PRL

Myśleliście Państwo, że propaganda umarła wraz z końcem PRLu? Myśleliście może, że jeśli nawet nie umarła, to stała się bardziej wyrafinowana, starając oprzeć na choćby nikłych podstawach rzeczywistych? Że bezmyślna, wręcz chamska propaganda nie starająca się nawet o jakikolwiek kontakt z rzeczywistością i zakładająca, że jej odbiorcy są zupełnie niezdolni do jakiejkolwiek refleksji to przeszłość?

Mam nadzieję, że nie, ponieważ wklejam poniżej drastyczny przykład takiego właśnie, typowo PRLowskiego stylu. Z góry wszystkich przepraszam zapogwałcenie w ten sposób estetyki, wywołanie fizjologicznych odruchów obronnych tudzież inne naturalne w tym przypadku reakcje.

Oto "Przegląd" zamieścił artykuł zaczynający się tak:

To, że prokuratura umorzyła postępowanie w sprawie nakłaniania 14-letniej dziewczyny do wykonania zabiegu przerwania ciąży, nie mogło być dla nikogo zaskoczeniem. Wątpliwości budzi natomiast jednoczesne umorzenie drugiego wątku postępowania - czyli sprawy o bezprawne zmuszanie dziewczyny do tego, by ciąży nie usuwała, oraz o uniemożliwianie dokonania zabiegu. I słusznie matka 14-latki złożyła zażalenie na tę decyzję prokuratury. Winni szykanowania jej córki nie powinni chyba tak łatwo ujść wymiarowi sprawiedliwości.

Zaznaczam, jeśli nie jest to dla wszystkich jasne- nie zamierzam tu dyskutować o zasadności czy bezzasadności aborcji w tym przypadku i aborcji w ogóle. Moja notka nie jest poświęcona temu tematowi. Chcę po prostu zwrócić uwagę na rażąco prymitywny, bezmyślny wręcz styl cytatu i całego artykułu. Tekstu tego nie można nazwać głosem polemicznym czy zaliczyć do jakkolwiek szeroko pojętej publicystyki. Ten tekst to wypowiedź o charakterze dogmatu, zawierająca gotowe sądy, przetrawione do tego stopnia, że wszelka nad nimi refleksja czy dyskusja jest niemożliwa. Można tylko się na nie zgodzić- lub nie.

Niewielu znam czytelników "Przeglądu", nie wiem więc czy tego typu wypowiedzi są ich powszednią duchową strawą. Mam nadzieję, że nie, choć wiele wskazuje na to, iż powszechne w naszym społeczeństwie, zupełnie bezrefleksyjne podejście do rzeczywistości- które znakomicie współgra z takimi tekstami- nie jest przypadkowe. Używając ostatnio ukutego terminu "lemingoza" można stwierdzić, że ten artykuł to pokarm dla lemingów, będący jednocześnie substancją pogłębiającą chorobę.

Popełniłem ostatnio notkę na temat złych zwyczajów, jakie do debaty publicznej wprowadziło środowisko okolic "GW". Zwyczaje to debatę zabijają; inkryminowany artykuł jest już widomą oznaką rozkładu. Nie ma on na celu perswazji, polemiki- to po prostu instrukcja myślenia na pewien temat.

O ile różnice zdań (na jakiekolwiek tematy) są czymś w każdej przestrzeni publicznej niezbędnym, o tyle na teksty takie jak opublikowany w "Przeglądzie" artykuł o Agacie/Jowicie w cywilizowanej przestrzeni publicznej miejsca nie ma. Wiele osób- szczególnie wyznających polityczne sympatie bliskie tym, jakie prezentuje przegląd ubolewa nad tym, że brakuje u nas społeczeństwa obywatelskiego. Nie można nie zadać w związku z tym jednego pytania- jak powstać ma "społeczeństwo obywatelskie"- czyli społeczeństwo ludzi świadomych swoich wyborów, zastanawiających się nad otaczającym ich światem i na podstawie własnej refleksji podejmujących decyzje o zaangażowaniu i rodzaju zaangażowanie w życie publiczne?

Jeśli termin "własna refleksja" oznaczać ma myśl przyrządzoną przez jakikolwiek gremia i sprzedaną potem za kilka złotych w kiosku ludziom, którzy posiądą ją na własność właśnie dzięki aktowi kupna/sprzedaży, to niestety- trzeba sobie zdać sprawę z tego, iżnie jest to ta sama "własna refleksja", o którą chodzi podczas definiowania "społeczeństwa obywatelskiego".

W PRL pożądanym sposobem myślenia była zbiorowa aprobata dla rządzących. Artykuły takie, jak ten cytowany powyżej stanowiły wtedy dokładnie to, czego potrzebowali rządzący, by kontrolować ludzi.

Po co takiego narzędzia używa się teraz?

sobota, 9 sierpnia 2008

Czerwcowo-lipcowe refleksje

Istnieje kategoria rzeczy uciążliwych, które obecne są w jakichś tam dziedzinach życia bez przerwy, tak, że w końcu ich uciążliwość przestaje być zauważana, wyraźniej dając o sobie znać przy okazji "zaostrzeń". W przestrzeni publicznej na miano takich rzeczy zapracowują sobie zwykle pewne osoby- lub grupy ludzi, zwykle poprzez ciągłe naruszanie cywilizowanych standardów. Cele takiego działania mogą być oczywiście różne; jedni wykraczają poza dobre obyczaje by zaszokować, inni- by wylansować nowe, prezentowane przez siebie standardy... W jeszcze innych przypadkach decydują mniej racjonalne pobudki- a to niechęć do jakichś idei czy konkretnych osób, a to kompleksy, a to przekonanie o własnej nieomylności i uzasadnionemu tą nieomylnością pozostawaniu ponad obowiązującymi zasadami. Przyczyn może być bardzo wiele, ponadto mogą one występować wspólnie w najprzeróżniejszych konfiguracjach.

W ostatnim czasie mieliśmy do czynienia z dość aktywnym działaniem jednej z takich grup. Grupa ta na co dzień używa w debacie (słowa "debata" używam bardzo na wyrost- jest to raczej monolog) niepolemicznych, erystycznych metod obliczonych na zdyskredytowanie adwersarzy poprzez ich wyprowadzenie z równowagi czy pomówienie o kompromitujące powiązania czy niskie (czasem czysto fizjologiczne) pobudki (tzw. "rzucanie błotem"- zawsze się coś przylepi). Dla grupy tej liczą się przede wszystkim osoby ideowych przeciwników, dogłębna analiza ich motywów czy interesów jest na porządku dziennym, za to przedstawiane przez nich argumenty pomijane są milczeniem (to nawet logiczne- po co słuchać ludzi, którzy mają inne od jedynie słusznego zdanie?). Arsenał używanych metod jest szeroki, jednak dość często powtarzają się niektóre, charakterystyczne dla tej grupy- choćby deprecjonowanie adwersarzy ze względu na młody wiek czy przekonywanie, że są oni niepoważni; dalej- pomawianie o np. "żądzę władzy" czy sugerowanie, iż komuś się wysługują, realizują coś przeciwnego do tego, co oficjalnie głoszą. Dość często wśród przedstawicieli opisywanego towarzystwa powtarza się też podpieranie formalną fachowością i nadużywanie niezwiązanych z meritum umiejętności zawodowych. Istotną rolę pełni też opieranie się na "autorytetach" ("kogo to ja nie znam"- dość charakterystyczne zwłaszcza dla mniej oficjalnych wypowiedzi), skutkujące ich rozpaczliwą obroną przed jakimikolwiek atakami. Obroną oczywiście wpisującą się w schemat, czyli opartą na oskarżaniu osób autorytety kwestionujących o zazdrość, chęć łatwego zdobycia poklasku czy nadmiar ambicji (że o małości i niewychowaniu nie wspomnę). Na porządku dziennym są także zupełnie oderwane od rzeczywistości insynuacje czy charakterystyczne zwłaszcza dla ostatnich czasów podejście negujące ludzi ze względu na upodobania czy to kulturalne, czy medialne ("to prymityw i ciemnogród... wiesz, czego on słucha? [tu pada nazwa, przeważnie jednej z rozgłośni radiowych] i czego się po takim spodziewać?").

Ze względu na to, że wiele już na poruszony przeze mnie temat powiedziano, wiele adrenaliny zużyto na wyzwolenie burzliwych emocji niezbędnych do nie mniej gwałtownych awantur- i w związku z tym kolejny wpis nie ma szczególnych szans stać się jakimś przełomem czy choćby przyczynkiem do dyskusji- miałem zamiar nie używać konkretnych nazw i nazwisk. Uznałem jednak, że powyższy opis pozwala na bezbłędne zidentyfikowanie rzeczonej grupy, więc dalsze jej zamilczanie byłoby li tylko sztuką dla sztuki. Oczywiście chodzi o środowiska tzw. "salonu", czyli towarzystwo wyznawców Michnika Adama i wskazanych przez niego świętych laickich. Wypisać główne przewiny tego środowiska zdecydowałem się w tym, a nie innym terminie z dwu powodów. Po pierwsze, mieliśmy ostatnio do czynienia ze wspomnianym na początku "zaostrzeniem", zresztą dość potężnym- najpierw z okazji wydania książki o Wałęsie, potem pogłębionym śmiercią Geremka. Po drugie, uodpornienie na gwałcenie przez to środowisko kultury wzrasta systematycznie pomimo, iż samo środowisko traci siłę oddziaływania- to przykra sprawa, ponieważ pokazuje, że antykulturowy cel został osiągnięty i stylem "GW" przesiąkła zdecydowana większość z nas, zapewne nawet osoby, które to medium i jego przybudówki tudzież przedstawicielstwa zwalczają. Nic w tym właściwie dziwnego- metody te używane są przez "salon" właściwie ciągle (zmienia się tylko nasilenie), a że są niezwykle skuteczne, to podpatrzone w czasie walki kuszą, by ich użyć...

Choćby z szacunku dla kulturalnego dorobku naszej cywilizacji, teraz systematycznie odrzucanego, trzeba jednak je odrzucić. Niedługo rocznica Bitwy Warszawskiej- warto podkreślić różnicę pomiędzy cywilizacją a dzikimi czerwonymi hordami.

środa, 9 lipca 2008

Interes (aborcyjny) musi się kręcić

Niejaka Alicja Tysiąc, szerzej znana ze sprzedaży, za ciężkie pieniądze, własnego dziecka, wywęszyła nowy interes. Najobrotniejsza z polskich kobiet zamierza tym razem zarobić na księdzu Gancarczyku, który rzekomo naruszył jej dobra osobiste. Jak sama przyznaje, zależy jej głównie na zysku, uzasadnione więc wydaje się określenie jej terminem businesswoman.

Tak na marginesie- ciekawi mnie, co o dobrach osobistych i ich naruszaniu może wiedzieć osoba, która publicznie domagała się odszkodowania za to, że nie udało jej się zabić własnego, kilkuletniego już wtedy, dziecka? Pewnie niewiele, ale przecież pecunia non olet...

Ks. Gancarczyk, redaktor naczelny „Gościa Niedzielnego", w cyklu artykułów poświęconych obronie życia sprzeciwiał się zabijaniu dzieci, przywołując także przykład Alicji Tysiąc. „Gość Niedzielny" aborcję określa bez użycia eufemizmu jako zabójstwo, akt oskarżenia będzie więc najprawdopodobniej skonstruowany tak, by przekonywać, że takie określenie aborcji obraża kobiety aborcję przeprowadzające. Ergo: istotnym, jeśli nie głównym celem procesu może być doprowadzenie do zakazu określania aborcji (adekwatnym, choć akurat ta kwestia ma tu mniejsze znaczenie) mianem zabójstwa czy morderstwa. Jeśli tak jest w rzeczywistości, możemy powoli mówić o zaprzestawaniu ukrywania faszystowskiej twarzy ruchu proaborcyjnego.

Jedno z naszych większych mediów nadało zresztą dotyczącemu sprawy materiałowi znamienny tytuł „Proces za »niedoszłą morderczynię «", co biorąc pod uwagę linię przez to medium reprezentowaną (tudzież bardzo specyficzne podejście do wolności słowa i myśli) dość wyraźnie pokazuje, że taki właśnie będzie kierunek działania oskarżycieli. Tytuł powyższy jest grubą manipulacją, sugeruje bowiem, że w „Gościu Niedzielnym" użyto sformułowania „niedoszła morderczyni", podczas gdy coś takiego miejsca nie miało.

Wspomniane (bez wymienienia nazwy, coś się ostatnio brzydliwy zrobiłem) medium wywiodło zatem tytułowe określenie z rozumowania: „określają aborcję mianem zabójstwa/morderstwa, a więc określają kobiety, które poddały swoje dzieci aborcji mianem zabójczyń/morderczyń, zatem określają kobiety, które chciały poddać swoje dzieci aborcji, ale z jakichś powodów im się nie udało mianem niedoszłych zabójczyń/morderczyń, skoro więc do tej ostatniej grupy należy Alicja Tysiąc, to wspomnienie jej osoby na łamach „Gościa Niedzielnego" usprawiedliwia sugestię, że „Gość Niedzielny" użył wspomnianego określenia dosłownie. Tymczasem jest dość znaczna różnica pomiędzy wyrażeniem dosłownym, a powiedzeniem tego samego w sposób jakoś tam zawoalowany (sformułowanie „pani minister jest głupia" brzmi znacznie ostrzej, niż oznaczające w pewnej, znanej skądinąd sytuacji dokładnie to samo „koszt raportu pani minister wielokrotnie przekroczył sumę nadużyć, o których ten raport traktował", prawda?).

Kiedy pisałem powyższy tekst, naszła mnie jeszcze jedna refleksja. Oto lewacy domagają się rozszerzenia prawa do zabijania ludzi dzieci; z drugiej strony ktoś pozwał Nicponia za to, że ten postulował legalizację strzelania do lewaków (postulował legalizację, nie strzelanie wbrew obowiązującemu prawu- to zasadnicza różnica). Ciekawe, prawda? Tym bardziej, że Nicpoń wzywał do zalegalizowania karania (dość surowego, przyznam) za coś (konkretnie- za zamachy na cudzą własność i życie) podczas gdy aborcjoniści wzywają do legalizacji zabijania niewinnych za sam fakt istnienia.

wtorek, 10 czerwca 2008

Artykuł Joanny Stanisławskiej- głupota, nienawiść czy manipulacja?

Na wp.pl pojawił się artykuł niejakiej Joanny Stanisławskiej dotyczący głośnej sprawy czternastolatki, która być może w wyniku gwałtu zaszła w ciążę i być może chce tą ciążę usunąć. Trudno jednoznacznie określić, bowiem relacje zmieniają się jak w kalejdoskopie. Faktem niezaprzeczalnym jest, że organizacje proaborcyjne zwietrzyły w sprawie kolejną okazję na promowanie obowiązku aborcyjnego.

Inkryminowany artykuł jest dość prymitywną agitką proaborcyjną, zawiera jednak dwa dość znamienne fragmenty. Pierwszy to wypowiedź Joanny Sochackiej, adwokata, która porównuje sprawę czternastolatki ze sprawą Alicji Tysiąc (gdyby ktoś zapomniał- to ta pani, która wyprocesowała odszkodowanie za niezamordowanie jej dziecka- w chwili ogłoszenia wyroku dziecko miało 6 lat- to się nazywa prawdziwa matczyna miłość, prawda?). Pani Sochacka twierdzi, że niewykonywanie aborcji to dla Państwa Polskiego najlepsza droga, by przegrać kolejny proces (przed jakimś fikuśnym eurotrybunałem).

Otóż nawet gdyby chodziło o przegrywanie przed tym- czy jakimkolwiek innym, nawet poważnym- trybunałem choćby i dziesięciu czy stu procesów- to jedno życie, które dzięki takiemu działaniu zostanie ocalone, jest tego warte. Być może dla ludzi nieczułych, wypranych z człowieczeństwa, porównywanie wartości życia dziecka z wartością odszkodowania (czy wątpliwą wartością symboliczną samego "wyroku") jest zasadne- ale takie porównania świadczą tylko i wyłącznie o wyzuciu z człowieczeństwa porównujących i są niedopuszczalne w cywilizowanym społeczeństwie.

Drugi istotny fragment to opinia samej autorki artykułu: "w efekcie ciągłego nękania przez działaczy organizacji pro-life dziewczyna doznała silnego krwotoku". Jestem człowiekiem spokojnym i niepoddającym się emocjom, ale przyznam, że ten kawałek mnie wkurzył. Rozważmy, jak wygląda sytuacja. Ciężarna czternastolatka, ciąża oczywiście pierwsza. Rodzina najwyraźniej patologiczna. Stresy związane z hospitalizacją. Szum medialny ("Wyborcza", "Newsweek" szczególnie). Aktywistki ruchów proaborcyjnych. Działacze organizacji pro-life. Cała masa możliwych przyczyn krwotoku, który zapewne spowodowany został zsumowaniem się wszystkich powyższych czynników ze szczególnym uwzględnieniem niedojrzałości organizmu dziewczyny. Tymczasem Stanisławska wie dobrze- krwotok spowodowało nękanie przez działaczy organizacji pro-life.

Prymitywne pojmowanie świata, nienawiść do inaczej myślących czy świadoma chęć manipulacji?

niedziela, 1 czerwca 2008

Po co reanimować komunę?

Medialna otoczka wyborów szefa SLD jest czymś, czego żadną miarą nie można racjonalnie uzasadnić. Oto szczęśliwie dogorywająca partia komunistyczna (owszem- rządząca krajem przez 40 lat bez przerwy, później zaś pod zmienioną nazwą, do władzy powracająca, ale w obecnej chwili legitymująca się poparciem charakteryzującym raczej partie kanapowe) wybiera swojego zapewne ostatniego szefa. Sprawa faktycznie, dość istotna, ale raczej z kronikarskiego punktu widzenia; media tymczasem robią z niej główne wydarzenie weekendu.

SLD należy do kilku partii w Polsce- obok PSL, SdPl, UP, Samoobrony i (dzięki koalicji LiD) Partii Demokratycznej, nad którymi powinniśmy litościwie spuścić zasłonę milczenia. Te wywodzące się z PZPR/ZSL partie, w szczególności zaś właśnie SLD i PSL, które w istocie są PZPRem i ZSLem (zmieniła się tylko nazwa- pozostała ciągłość strukturalna i majątkowa) to uosobienie patologii polskiego systemu politycznego, zaś ich agonia jest nadzieją na tego systemu uzdrowienie. Ponieważ- przynajmniej w teorii- panuje w naszym kraju wolność zrzeszania się i wolność poglądów, nawet ludzie systemu totalitarnego mają prawo tworzyć swoje stronnictwa i głosić swoje poglądy. Nikt nie zamierza im tego odebrać (choć oni robili to przez 40 lat PRLu)- nie rozumiem jednak, jaki sens jest w usilnym lansowaniu ich chorych struktur. Owszem, informacja o wyborach i ich wynikach powinna się znaleźć w mediach, ale znajmy miarę rzeczy- nawet gdyby chodziło o wybory szefa normalnej (nie mającej totalitarnych konotacji) kanapowej partii, nie można z tego robić wydarzenia miesiąca. W sytuacji, kiedy mamy do czynienia ze znajdującym się w stanie agonii tworem, nie legitymującym się żadnymi związkami z polityczną normalnością, próby reanimacji są zwyczajnie niesmaczne.

piątek, 30 maja 2008

Klaps

Donald Tusk oświadczył, że Platforma pracuje nad wprowadzeniem całkowitego zakazu bicia dzieci (źródło). Jeśli zakaz zostanie wprowadzony, będzie jednym z najbrutalniejszych gwałtów na prywatności od wielu lat.

Znęcanie się nad dziećmi bezdyskusyjnie jest poważnym problemem. Niekoniecznie trzeba powoływać się na przypadki, kiedy dzieci giną na skutek zadawanych przez zwyrodniałych rodziców (zwykle nie tyle zresztą rodziców, co ich aktualnych partnerów) obrażeń. Wiele dzieci bitych jest z błahych powodów lub niewspółmiernie do popełnionych (lub wydumanych) win. Nikt, powtarzam, nikt przy zdrowych zmysłach nie zaprzecza, że problem istnieje, jednak rozwiązywanie go przez wprowadzanie absolutnego zakazu bicia z jednej strony w żadnym wypadku nie zapobiegnie prawdziwej, groźnej dla dzieci przemocy (uderzy tylko w normalne rodziny, w których znakomitej większości stosowane są kary cielesne i które w żadnym wypadku nie mogą być uznane za patologiczne) z drugiej zaś strony da państwu niebezpieczne narzędzie, pozwalające na inwigilację i wpływ na praktycznie każdego posiadającego rodzinę człowieka.

Premier słusznie (tak, czasem mu się zdarza) zauważył, że bicie dzieci świadczy o bezradności rodziców. Owszem, rodzice którzy potrafią dziecko wychować, zwykle nie muszą uciekać się do kar cielesnych*. Bicie świadczy o porażce wychowawczej, o nieumiejętności innego wyjścia z sytuacji. Jednak nie samo bicie jest porażką, ale fakt, że rodzic nie miał innego wyjścia, niż odwołać się do kary cielesnej. W taiej sytuacji kara fizyczna może okazać się jedynym sposobem na zapobiegnięcie jeszcze większej porażce. Jeśli rodzic nie potrafi inaczej zapobiec np. przemocy, jakiej dziecko dopuszcza się wobec rówieśników, lepszym wyjściem jest kara cielesna niż wychowywanie potencjalnego bandyty; jeśli dziecko pije alkohol, lepiej żeby dostało lanie, zanim wpadnie w nałóg, jeśli podkrada pieniądze z rodzicielskiego portfela, lepszym dla niego wyjściem jest dostać w skórę, niż iść do domu poprawczego za następujące zwykle z czasem inne kradzieże- i tak dalej. Jeśli rodzic nie potrafi poradzić sobie inaczej, lepiej, by poradził sobie rózgą- alternatywy bowiem zawsze są opłakane (czy to opisane powyżej przykłady, czy rozbicie rodziny na skutek "opiekuńczości" wykazywanej przez aparat państwowy).

Nie wszyscy rodzice- wręcz przeciwnie, bardzo nieliczni- potrafią tak wychować dziecko, by porażkom zapobiec. Niektórym brakuje dojrzałości (sami są dziećmi) innym konsekwencji (tygodniowe kary kończą się po godzinie) jeszcze innym czasu, który poświęcają na zapewnienie rodzinom bytu materialnego. Przyczyny są różne. Na ich końcu jest, jak powiedział premier, bezradność- problem w tym, że jeśli nie zapobiegnie się tej bezradności, skutki mogą być opłakane. Czasem jedynym wyjściem jest klaps.

Niezwykle istotny jest przy tym wszystkim fakt, iż przemoc "wychowawcza" (czyli klapsy wynikające z porażek wychowawczych, klapsy będące karami za realne przewiny) praktycznie nigdy nie prowadzi do poważnych obrażeń czy śmierci dziecka; co najwyżej zostawia ślady w postaci czerwonych pasków na służących do siadania okolicach ciała. Prawdziwym problemem jest przemoc wynikająca z agresji wykazywanej przez niektórych rodziców, głównie (choć nie tylko) pod wpływem alkoholu. Przemoc taka obecna jest w znikomym odsetku rodzin, jest za to dużym problemem ze względu na szkody, jakie czyni swoim ofiarom. Całkowity zakaz bicia dzieci nie jest w żadnym wypadku na taką przemoc ukierunkowany; z punktu widzenia tego typu ustawy podobnie traktowany będzie ojciec, który po ciężkim dniu wróci do domu i ukarze dziecko za grzebanie w jego portfelu, jak alkoholik, bijący dzieciaka po pijanemu bez żadnego powodu czy sadysta czerpiący z podobnych praktyk przyjemność. Ponieważ zaś ojców po ciężkim dniu pracy jest znacznie więcej niż alkoholików i sadystów, to właśnie wobec nich najczęściej działać będzie ustawa.

Niestety, nie to jest największym zagrożeniem płynącym ze strony zapowiadanej przez Tuska regulacji. Całkowity zakaz bicia dzieci jest, wobec powszechności posiadania potomstwa i wyjątkowej pozycji rodziny bardzo poważnym zagrożeniem dla wolności obywatelskich, daje bowiem państwu możliwość ingerowania w najbardziej prywatną sferę każdego, kogo ktoś podejrzewa (lub pomówi) o danie dziecku klapsa. Czyli, nie oszukujmy się, każdego kto posiada rodzinę- każde dziecko przecież czasem płacze (to już nasuwa podejrzenie, ze zostało uderzone), każde może mieć na ciele siniaka czy otarcie (cóż z tego, że są to obrażenia wśród dzieci powszechne z oczywistych względów). Zakaz zapowiadany przez Tuska daje państwu potężne narzędzie, którego bardzo łatwo nadużywać- jeśli nawet przyjąć, że samo nie jest nadużyciem. Można wykorzystywać go w walce politycznej, można za jego pomocą szantażować niewygodnych biznesmenów, można użyć do kompromitowania niewygodnych dla jakichś środowisk osób (wyprowadzenie w kajdankach w świetle kamer jest bardzo widowiskowe, a i grzywna "za znęcanie się nad dziećmi" da się medialnie wykorzystać) bliżej zaś zwykłego człowieka- pozwala na znaczne rozszerzenie bezkarnej urzędniczej samowoli, wymuszanie łapówek etc.

Całkowity zakaz używania kar cielesnych jest w rzeczywistości próbą ominięcia problemu przemocy w rodzinie, próbą zamiecenia pod dywan sprawy, która powinna zostać rzetelnie rozwiązana. Problem w tym, że nie da jej się zapobiec jednym zakazem- potrzebna jest m.in. zmiana mentalności ludzi, którzy nie reagują na ewidentne przejawy przemocy w swoim otoczeniu (odbudowa więzi społecznych) czy zwalczanie promujących agresję treści już wśród dzieci (chodzi oczywiście kreskówki, gry komputerowe, militarne zabawki- niestety, za takimi treściami stoi kapitał, któremu rząd podpadać nie chce...). Powyższe dwie pożądane zmiany nie wyczerpują oczywiście listy działań, które należy podjąć, a które z jakichś względów są są mniej niż napisanie i przegłosowanie ustawy wygodne.

_________________________________________________

*Wiem to, moi nie musieli. Wiem też, ile czasu na moje i mojego rodzeństwa wychowanie poświęcali; matka po moim urodzeniu zrezygnowała z pracy, ojciec poza pracą miał tylko rodzinę. Moim rodzicom udało się wychować trójkę dzieci bez kar cielesnych, jakkolwiek co poniektóre konflikty pomiędzy mną a siostrą i bratem wybuchające niewątpliwie na taką karę zasługiwały i sądzę, że gdyby parę razy dostał w skórę, byłbym znacznie lepszym człowiekiem...
No i zapewne lepiej wspominałbym moją osiemnastkę, gdybym wcześniej wiedział, co to znaczy dostać pasem ;)

Pisząc powyższą notkę opierałem się m.in. na dyskusji, która odbyła się na forum www.IVRP.pl- dziękuję jej uczestnikom za wyrażone opinie.

wtorek, 13 maja 2008

Wiedza nie boli (na marginesie spektaklu "Bij Macierewicza jakkolwiek")

Przy okazji najnowszego wolnościowego osiągnięcia rządów miłości (spacyfikowanie dziennikarzy "Misji specjalnej" usiłujących wyjaśnić sprawę tyleż dętego, co odwetowego przeszukania w mieszkaniach członków komisji weryfikacyjnej WSI) pojawiły się głosy kwestionujące, jakoby red. Krzysztof Wyszkowski był dziennikarzem (podpisał się on jako dziennikarz pod protestem przeciw łamaniu wolności słowa przez służby rządowe).

Otóż Krzysztof Wyszkowski, co ludzie w miarę zorientowani wiedzą, zaś mędrkowie i ignoranci niekoniecznie, jest dziennikarzem "Tygodnika Solidarność" od 1981 roku. Wszyscy wyrażający wątpliwości co do umieszczenia jego nazwiska pod protestem powinni chyba przestać się odzywać, a zacząć douczać. Tym bardziej, że ta akurat informacja nie wymaga specjalnej wiedzy, ale promowanej w ostatnich czasach umiejętności korzystania z różnorakich źródeł: http://pl.wikipedia.org/wiki/Krzysztof_Wyszkowski .

Tak na marginesie- akcja wymierzona przeciw weryfikatorom (wszystko zakończy się wstydliwym umorzeniem, bo akcja obliczona jest na wrażenie medialne) jest nieźle skonstruowana- zaangażowano nawet niejakiego Azraela, który na bogu onet.pl zamieścił tekścik (słabiutki nawet językowo, że zwrócę uwagę) obrażający Piotra Bączka (rzecznik Antoniego Macierewicza, jeden z celów rządowej farsy).

Ciekawi mnie też, czy przeszukania w mieszkaniach weryfikatorów były zupełnie (nie licząc efektu medialnego i elementu zastraszenia) bezcelowe, czy może ich inspiratorzy liczą na znalezienie materiałów, które pozwolą na efektywniejszą inwigilację otoczenia Macierewicza... a może szukają jakiegoś konkretnego przedmiotu (dokumentu?) i akcja (powoli wymykająca się spod kontroli) jest jedynie narzędziem do grzebania w zwykle niedostępnych rejonach?

niedziela, 27 kwietnia 2008

Jak zabić człowieka tanio i legalnie?

Śląski kibic został przedwczoraj zamordowany przez innych kibiców. Banda kilku-kilkunastu rozbójników zaatakowała dwóch zwolenników innej drużyny. Jeden miał szczęście, uciekł. Drugi został skatowany i zmarł w szpitalu.

Niby sprawa oczywista- zabójstwo i usiłowanie zabójstwa. Zagrożone karą długoletniego, nawet dożywotniego więzienia. Tymczasem, jak pisze wp.pl- zabójcom grozi do 10 lat.

Już widzę głosy, usprawiedliwiające tak niewielką karę. A to, że przecież zabity też był szalikowcem. Ato, że nawet znanym szalikowcem. A to, że między dwoma klubami, którym kibicowali zabójcy i ofiara od dawna panuje wrogość. A to, że emocje, a to, że ich denerwował, szczególnie, że był znanym szalikowcem. A to, że oni pewnie ciężkie dzieciństwo mieli... A to, a tamto.

Zginął człowiek, a jego zabójcy nie odpowiedzą za śmierć, ale za pobicie. Zamiast spędzić resztę życia w więzieniu, wyjdą za parę lat zabijać kolejnych ludzi.

Kilka razy spotykałem się z takimi, mimo że nie jestem kibicem. Raz nie udało mi się dostatecznie szybko oddalić- trochę oberwałem. Trochę- przeżyłem, nawet w szpitalu nie leżałem, ledwie nos złamany, nawet zresztą nie za bardzo. Po prostu przejeżdżający niedaleko samochód zwolnił i to spłoszyło amatorów cudzych telefonów.

Tak naprawdę grupa bandytów może zaatakować każdego, kto się nie spodoba, ewentualnie będzie wyglądał na takiego, co ma za dużo i może się podzielić. Albo jeden z bandytów miał z nim zatarg i chce się odegrać.

Bandyci dobrze wiedzą, że za pobicie niewiele złego może ich spotkać. Jeśli pobicie nie skończy się śmiercią bitego, pozostaną bezkarni. Zabiją- najwyżej 10 lat, jeśli będą mieli pecha. Czego się bać? Moralność i honor są im obce, więc co ma ich powstrzymać?

Jak pokazuje śląski przykład, teraz można zabić człowieka w zamian za dziesięć lat odsiadki. Mimo to rząd zamierza łagodzić kary za przestępstwa kryminalne.

Pomyślcie Państwo- jakże łatwo pozbyć się człowieka... Nawet nie trzeba samemu- chętnych na dziesięcioletnią odsiadkę w zamian za rozsądną rekompensatę na pewno paru się znajdzie. Tym bardziej, że za dobre sprawowanie można wyjść znacznie wcześniej.

A rodzina, szczególnie rodzice- mają dożywocie. Dożywocie wspomnień, dożywocie rozpamiętywania tych dwudziestu paru lat, dożywocie... Złamane życie.

Ale kogo to obchodzi? Teraz najważniejsze jest dobro bandytów. Im należy współczuć, przecież stracą lata młodości w pudle. Nad ich "resocjalizacją" należy się pochylić, to przecież nie ich wina, że zabili. To wina "niekorzystnych uwarunkowań społecznych".

Żyjemy w szmatławych czasach.

sobota, 12 kwietnia 2008

Bojkot- refleksje

Ogłoszony przez kilkunastu blogerów s24 bojkot obcych mediów (obcych nie tyle światopoglądowo, co ideowo- to znaczy manipulujących, notorycznie mijających się z prawdą i aspirujących do roli ośrodków politycznych), który zresztą poparłem, okazał się sukcesem. Nie chodzi tylko o to, że pomimo obcięcia go na SG dowiedzieli się o nim praktycznie wszyscy Użytkownicy s24 (zresztą małej roli SG i co za tym idzie- administracji s24 dowiódł swego czasu Nicpoń). Przede wszystkim istotne są reakcje, jakie spowodował.

Reakcje, trzeba od razu przyznać, chociaż liczne, nie były zaskakujące; wręcz modelowo odpowiadały temu, czego można spodziewać się po poszczególnych blogerach. Scharakteryzuję zjawisko krótko na podstawie trzech głosów.

Popisowiec. Czytam Jego blog raz na jakiś czas i w tej chwili trudno mi przypomnieć sobie, żeby zamieścił na nim coś kontrowersyjnego- a nawet jeśli, to w nader wyważonym tonie blogera obiektywnego. Popisowiec obrywa za to z prawa i z lewa. Bardziej z lewa, bo perfidnie (zaliczenie przez lewicowców do grona "najsensowniejszych prawicowych blogerów" to potężne poderwanie jego wiarygodności po stronie prawej).
Także reakcja popisowca na bojkot jest wyważona; popisowiec z bojkotem się nie zgadza, ale spokojnie, rzeczowo swoją niezgodę argumentuje. Problem w tym, że argumentuje zupełnie niepolemicznie- pisze np. o tym, że problemy podnoszone w bojkotowanych mediach są niewygodne i właśnie to jest bojkotu powodem. Stwierdzenie to jest nieprawdą, w tej chwili nie ma bowiem polemiki pomiędzy środowiskiem "GW" czy "Dziennika" a środowiskiem "GaPola" i "NP", że o "Najwyższym Czasie" nie wspomnę. Nie ma ideowego sporu pomiędzy "Polityką" czy "Trybuną" a "Radiem Maryja" i resztą koncernu o. Rydzyka. Niewygodne treści zamieszczane w takich mediach, jak "GW", "Dziennik" czy TVN nie obejmują kwestii spornych ideowo, ale zależą od tego, że media te używają dla dowodzenia swoich racji chwytów niedozwolonych- niepodważalnych autorytetów, szufladkowania adwersarzy jako faszystów tudzież psychopatów i, przede wszystkim, podawania informacji nieprawdziwych bądź zmanipulowanych. Nie będzie polemiki, dopóki te media nie będą uczciwe- nawet fakt popierania przez nie określonej opcji politycznej nie usprawiedliwia używania wszelkich środków do zwalczania przeciwników.

Jaga. Zupełne niezrozumienie celu akcji ("obce media" zinterpretowane jako "zagraniczne" to tylko najśmieszniejszy przykład; Jaga wie, że akcja trwa "kilka dni", ale nie zadała sobie trudu, by dowiedzieć się, o co chodzi, pisze więc, co jej się wydaje). Cały wpis oparty na analizie, które media i portale mają większościowy udział kapitału zagranicznego- czyli Jaga uderza swoim wpisem w zupełną próżnię, bo przecież nie o to w bojkocie chodzi. Najważniejsze jednak, że uderza i niektórym wydaje się nawet, że celnie.
Nadmienię przy okazji, że nie zamierzam rezygnować z czytania "Rzeczpospolitej" pomimo bodaj brytyjskiego właściciela; podobnie swego czasu czytywałem "Dziennik", który kiedyś był medium znacznie porządniejszym niż obecnie, wyróżniając się głównie otwartością na różne poglądy. Niestety, już przestał, włączając się do walki o rząd dusz z "GW".

Jacek Jarecki. Byłbym wstrząśnięty, gdyby bloger z kręgów UPR/"Najwyższy Czas" (nie chcę szufladkować, po prostu z tymi podmiotami JJ się kojarzy) pochwalił jakąś zbiorową inicjatywę (tak tak, piszę cokolwiek z przymrużeniem oka, jeśli ktoś się nie domyślił). Właściwie krytyka JJ jest jedyną sensowną, na jaką się natknąłem i przyznam, że w pewnej mierze przyznaję p. Jareckiemu rację ("trzeba wiedzieć, co knuje wróg", jak to JJ barwnie określa). Wracam jednak do wyżej postawionego problemu i twierdzę, że w gazetach typu "Wyborczej" mniej jest "knucia", a więcej tępej (nie użyję brutalniejszego sformułowania, chociaż mnie korci) agitki, z której żadnego pożytku nie ma.
Swoją drogą nie kupuję "GW" nawet dla płyt z wartościowym czasem materiałami. Mamy na Dworcu Fabrycznym w Łodzi taki fajny sklepik, w którym można takie płyty nabyć z kilkudniowym opóźnieniem.

Przyłączyłem się do bojkotu i choć dostrzegam pewne jego słabości, uważam, że taka akcja jest potrzebna. Nie przyczyni się co prawda do spadku czytelności bojkotowanych tytułów, jednak może pozytywnie wpłynąć na odbiór prezentowanych w nich treści; uważane są one przez wiele osób za "obiektywne" lub "wyrażające poglądy autorów", w rzeczywistości zaś wyrażają poglądy ludzi umacniających swą pozycję polityczną lub biznesową (niekoniecznie osobiście je piszących). Warto zwracać na to uwagę.