Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tusk. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tusk. Pokaż wszystkie posty

środa, 15 października 2008

Kiedy kończy się polityk

Spór pomiędzy premierem i Prezydentem (od jakiegoś czasu coraz wyraźniej przechodzący w prezentację ogólnego niezadowolenia premiera) tak obfituje w, powiedzmy, widowiskowe sytuacje, że wydawałoby się- nic nie jest w stanie specjalnie zaskoczyć czy wzburzyć. Dzisiaj jednak premier się postarał; jak donosi Wirtualna Polska (tutaj), kiedy ustępujący miejsca ministrowi Rostowskiemu Prezydent poprosił Tuska o poinformowanie go, kiedy omawiane będą znów tematy polityczne, spotkał się z ciętą ripostą: "prosić to ty sobie możesz".

Trudno powiedzieć, czy ze strony premiera jest to sposób na budowanie wizerunku; owszem, niewykluczone- być może premier postanowił pokazać, że jest nie tylko cudowny, ale też twardziel- i uznał, że najłatwiej pokazać ten rys posługując się chamstwem. Jeśli tak- obawiam się, że PR-owcy premiera popełnili drobny błąd.

Znacznie bardziej jednak prawdopodobne jest, że Tusk, wyprowadzony z równowagi uporem prezydenta (symptomy zdenerwowania premier zdradza wszak od jakiegoś czasu, sięgając po przedszkolnej klasy środki mające na celu utrudnienie życia Głowie Państwa) po prostu chlapnął powyższą kwestię z tzw. "głębi serca", dawszy się ponieść emocjom.

Istnieją obserwatorzy sceny politycznej dopatrujący się w działaniach polityków pobudek wynikających z ich charakterów. Rzecz jasna, obserwatorzy ci rację mają tylko sporadycznie- polityka to nie skoki narciarskie, w których element psychologiczny jest istotny. W dzisiejszych czasach polityka to starannie reżyserowany spektakl, w którym nie ma miejsca na nieplanowe okazywanie emocji czy poddawanie się chęciom tudzież intuicji. Tworzone na użytek społeczeństwa "profile psychologiczne" polityków są tylko kreacją służącą określonym celom.

Oczywiście zdarzają się sytuacje, kiedy wspomniani wyżej obserwatorzy rację mają. Co poniektórzy politycy nie są w stanie realizować założonego scenariusza, "idą na żywioł". Problem w tym, że w takiej sytuacji szybko przestają być politykami, a w najlepszym razie lądują na politycznym marginesie jak, nie przymierzając, Janusz Korwin-Mikke.

Niewykluczone, że w przypadku premiera mamy do czynienia z początkiem takiego właśnie scenariusza*.

_____________________________________

Jest to prawdopodobne tym bardziej, że w Brukseli obecny jest nie tylko jeden potencjalny kandydat Tuska w elekcji roku 2010. Pośród sporów na linii premier-Prezydent dziwnie ginie** Radosław Sikorski- a to właśnie jego osoba jest w tej chwili dla premiera najbardziej uciążliwa.

**Swoją drogą całkiem interesująca możliwość- prowokowanie przez otoczenie Tuska awantur, by odwrócić uwagę od szefa MSZ... Gra ryzykowna, ale nie pozbawiona sensu (przynajmniej do czasu, kiedy- z uwagi na kompromitowanie się Tuska- pozostawanie w cieniu będzie dla Sikorskiego korzystne).

sobota, 14 czerwca 2008

Ze mnie to chyba jakiś prorok będzie...

Moją poprzednią notkę zakończyłem takim akapitem: Z niecierpliwością czekam na reakcje eurokratów, kiedy wyniki referendum zostaną potwierdzone. Nie ukrywam, że spodziewam się kompromitującej dla europejskich polityków krytyki Irlandii jako państwa "antyeuropejskiego" i "separatystycznego", którą to krytykę potraktuję jako ostateczne przyznanie racji eurosceptykom.

Dzień wczorajszy jeszcze się nie zakończył, kiedy padły pierwsze propozycje, w których rozważano możliwość zignorowanie demokratycznego wyboru Irlandczyków. Żeby daleko nie szukać, premier Tusk (oficjalnie zwolennik demokracji) stwierdził, że "irlandzkie referendum w sprawie traktatu lizbońskiego- nawet jeśli Irlandczycy zagłosują na "nie"- nie dyskwalifikuje samego Traktatu, a UE będzie szukać sposobu na wprowadzenie go w życie". Oczywiście, Tusk niezbyt liczy się w skali europejskiej, bo choć rządzi w jednym z większych krajów WE, to wiadomo, że zrobi wszystko dla "jak najlepszej integracji", czyli de facto, sam ograniczywszy sobie pole manewru, nie jest poważnym graczem- z tego jednak właśnie powodu można spodziewać się, że jego głos jest emanacją opinii obowiązującej w Berlinie czy Paryżu. Potwierdzeniem podobnego podejścia Francuzów (oficjalnie czołowych demokratów świata) jest wypowiedź ich sekretarza stanu ds. europejskich, Jouveta: "Najważniejsze to kontynuować proces ratyfikacji w pozostałych europejskich krajach i zobaczyć, jakie rozwiązania możemy znaleźć z Irlandczykami". Ten sam polityk posunął się nawet do groźby izolacji Irlandii w WE, twierdząc, iż "Nie możemy wyrzucić z Europy kraju, który w niej był przez 35 lat. Ale możemy ustalić z Irlandią specyficzne formy współpracy".

Wypowiedzią, która najlepiej pokazuje podejście eurokratów do demokracji, jest jednak kwestia wypowiedziana przez ich wielkiego bonza, Barroso: "Traktat nie jest martwy! Wynik irlandzkiego referendum nie rozwiązuje przecież problemów Europy", poparte we wspólnym oświadczeniu przez Angelę Merkel i Nicolasa Sarkozy'ego (jak widać, w kluczowych sprawach Paryż i Berlin potrafią zewrzeć szeregi): "Żałujemy wyniku irlandzkiego referendum, ale proces ratyfikacji traktatu w Europie musi iść do przodu". Merkel i Sarkozy "żałują" wyników demokratycznego referendum i zapowiadają ich zignorowanie (chociaż pierwotnie zakładano, że wystarczy brak zgody jednego kraju, by traktat wylądował na śmietniku... ktoś uwierzył w kłamstwa eurokratów?). Jeśli ktoś uważa, że moje wnioski idą zbyt daleko, proszę dyskutować z premierem Belgii, którego wypowiedź "Trzeba zachować spokój, ale Unia nie stanie się zakładnikiem Irlandii!" potwierdza je w całej rozciągłości.

Prostą drogę WE do dyktatury popierają także europejskie media. Przytoczę tylko kilka tytułów za onetem: "Irlandia szokuje Europę", "Europejski koszmar", "Irlandzki skandal"- to prasa niemiecka. Wynik demokratycznego głosowania to skandal... ciekawe podejście. "Frankfurter Allgemeine Zeitung" posuwa się nawet do wprost sugerującego mniejsze prawa niektórych krajów stwierdzenia, iż "mało który kraj skorzystał na członkostwie w Unii w takim stopniu jak Irlandia". W domyśle zatem- zapłaciliśmy wam, więc powinniście siedzieć cicho i realizować nasze plany. Pozytywnie na tym rozhisteryzowanym tle wyróżnia się "Die Welt", zauważający iż Unia "potrzebuje debaty na temat nowych podstaw egzystencji".

Głosy gazet francuskich nie odbiegają zbytnio od opinii swoich wschodnich sąsiadów. "Le Figaro" twierdzi, że "na szczęście Irlandia jest jedynym krajem, którego Konstytucja nakazuje zorganizowanie referendum w sprawie każdego traktatu" i posuwa się do propozycji, by Irlandczycy ponownie głosowali nad tekstem traktatu, do którego wprowadzono by "mało istotne poprawki, odpowiadające na ich zastrzeżenia".

Europejscy politycy (podobnie jak większość europejskich mediów) zgodnie z przewidywaniami skompromitowali ostatecznie proponowaną przez siebie wizję "integracji europejskiej" pokazując instrumentalne traktowanie ludzi i idei, które sami głoszą. Dowiedli, iż jednoczenie Europy to deptanie praw jej mieszkańców i pokazywanie im ich miejsca w szeregu posłusznych wykonywaczy poleceń jakiegoś wąskiego gremium czerpiącego ze swej (zgoła niedemokratycznej) władzy określone korzyści (vide: Gerhard Schroeder zasiadający w radzie nadzorczej konsorcjum gazociągu północnego w zamian za doprowadzenie do jego budowy w czasach, gdy był kanclerzem Niemiec).

Twarz, jaką zaprezentowały WE przy okazji irlandzkiego referendum jest więc zdecydowanie odpychająca i powinna zmusić do zastanowienia, czy na pewno chcemy w przedsięwzięciu pod tytułem "integracja" uczestniczyć. Oczywiście nie zmusi, ponieważ większość mieszkańców WE dawno już przestało się nad tego typu sprawami zastanawiać, przyjmując za swoje poglądy ogólnoeuropejski, prointegracyjny jazgot polityków i mediów. Czy takie zaczadzenie, zakrawające wręcz na amok, nie przypomina pewnych wydarzeń z nie tak dawnej historii?

czwartek, 12 czerwca 2008

Panie premierze, jest nadzieja!

Niedaleko Florencji włoscy przyrodnicy wykryli jednorożca. Jednorożec, jak widać na załączonym obrazku, jest młody i całkiem ładny, przypominając z wyglądu sarnę. Jak wiadomo, jednorożce (tak jak i obiecane przez Słoneczko Peru i Kaszub cuda) nie występują szczególnie często, wręcz przeciwnie, pojawiają się na świecie sporadycznie- zatem manifestację bydlęcia z jednym rogiem na czubku głowy spokojnie można uznać za jasny znak, iż nawet cud Platformy jest możliwy.

Jest to teza uzasadniona tym bardziej, że jednorożca z rządem Tuska łączą także inne cechy. Ot, choćby bliskość gatunkowa z powszechnymi w rządzie jeleniami i łosiami. Poza tym, jak twierdzą naukowcy, powstanie jednorożca jest wynikiem wady genetycznej, mutacji- czyli zupełnie jak powstanie aktualnych poglądów Platformy, będących efektem mutacji poglądów wyznawanych przez tą partię przed jeszcze trzema laty. Więcej- jak twierdzi Fulvio Fraticelli, ekspert z zoo w Rzymie, miejsce, z którego wyrasta ten róg może być efektem urazu, jakiego mogła doświadczyć ta sarna. Taka zbieżność nie może być przypadkowa, wszak aktualna linia Platformy też powstała na skutek urazu- kto nie pamięta jesieni roku 2005?

Jak widać, wszystko wskazuje na to, że cud jest bliski.

poniedziałek, 2 czerwca 2008

Nocna hańba

16 lat temu przeprowadzono barbarzyńską akcję. Rząd Jana Olszewskiego został obalony w ciągu jednej nocy, na skutek ujawnienia (do czego zobowiązywała go przyjęta przez Sejm uchwała) listy tajnych współpracowników komunistycznych służb opresji, licznie obsadzonych na stanowiskach w Parlamencie, ministerstwach i Pałacu Prezydenckim. W tym gwałcie na rządzie i Parlamencie udział brali m.in. Lech Wałęsa (znajdujący się wśród ujawnionych przez rząd tajnych współpracowników SB) i Donald Tusk, współdziałając z komunistami z PZPR (wtedy już SLD) i ZSL (wtedy już PSL). W wyniku prac ówczesnego Ministerstwa Spraw Wewnętrznych ujawniono, iż Sejm i Senat naszpikowane były agentami komunistycznych służb, na których wpływać (np. poprzez szantaż) mogli ludzie mający dostęp do tajnych archiwów SB- czyli oficerowie SB oraz członkowie kierownictwa PZPR. Dzięki "nocnej zmianie" realna władza pozostała w rękach komunistów praktycznie do roku 2005 (lata 1997-2001 były tylko w niewielkim stopniu okresem rządów ludzi "Solidarności"- o zachowanie status quo skutecznie dbał prezydent Kwaśniewski i koalicyjna Unia Wolności.

Obalenie rządu Jana Olszewskiego uniemożliwiło budowę zdrowego systemu politycznego w Polsce i jest przyczyną miażdżącej większości patologii, z którymi wciąż (w przeciwieństwie do państw, które lustrację przeprowadziły) się borykamy.

Plakat Walesa2

piątek, 30 maja 2008

Klaps

Donald Tusk oświadczył, że Platforma pracuje nad wprowadzeniem całkowitego zakazu bicia dzieci (źródło). Jeśli zakaz zostanie wprowadzony, będzie jednym z najbrutalniejszych gwałtów na prywatności od wielu lat.

Znęcanie się nad dziećmi bezdyskusyjnie jest poważnym problemem. Niekoniecznie trzeba powoływać się na przypadki, kiedy dzieci giną na skutek zadawanych przez zwyrodniałych rodziców (zwykle nie tyle zresztą rodziców, co ich aktualnych partnerów) obrażeń. Wiele dzieci bitych jest z błahych powodów lub niewspółmiernie do popełnionych (lub wydumanych) win. Nikt, powtarzam, nikt przy zdrowych zmysłach nie zaprzecza, że problem istnieje, jednak rozwiązywanie go przez wprowadzanie absolutnego zakazu bicia z jednej strony w żadnym wypadku nie zapobiegnie prawdziwej, groźnej dla dzieci przemocy (uderzy tylko w normalne rodziny, w których znakomitej większości stosowane są kary cielesne i które w żadnym wypadku nie mogą być uznane za patologiczne) z drugiej zaś strony da państwu niebezpieczne narzędzie, pozwalające na inwigilację i wpływ na praktycznie każdego posiadającego rodzinę człowieka.

Premier słusznie (tak, czasem mu się zdarza) zauważył, że bicie dzieci świadczy o bezradności rodziców. Owszem, rodzice którzy potrafią dziecko wychować, zwykle nie muszą uciekać się do kar cielesnych*. Bicie świadczy o porażce wychowawczej, o nieumiejętności innego wyjścia z sytuacji. Jednak nie samo bicie jest porażką, ale fakt, że rodzic nie miał innego wyjścia, niż odwołać się do kary cielesnej. W taiej sytuacji kara fizyczna może okazać się jedynym sposobem na zapobiegnięcie jeszcze większej porażce. Jeśli rodzic nie potrafi inaczej zapobiec np. przemocy, jakiej dziecko dopuszcza się wobec rówieśników, lepszym wyjściem jest kara cielesna niż wychowywanie potencjalnego bandyty; jeśli dziecko pije alkohol, lepiej żeby dostało lanie, zanim wpadnie w nałóg, jeśli podkrada pieniądze z rodzicielskiego portfela, lepszym dla niego wyjściem jest dostać w skórę, niż iść do domu poprawczego za następujące zwykle z czasem inne kradzieże- i tak dalej. Jeśli rodzic nie potrafi poradzić sobie inaczej, lepiej, by poradził sobie rózgą- alternatywy bowiem zawsze są opłakane (czy to opisane powyżej przykłady, czy rozbicie rodziny na skutek "opiekuńczości" wykazywanej przez aparat państwowy).

Nie wszyscy rodzice- wręcz przeciwnie, bardzo nieliczni- potrafią tak wychować dziecko, by porażkom zapobiec. Niektórym brakuje dojrzałości (sami są dziećmi) innym konsekwencji (tygodniowe kary kończą się po godzinie) jeszcze innym czasu, który poświęcają na zapewnienie rodzinom bytu materialnego. Przyczyny są różne. Na ich końcu jest, jak powiedział premier, bezradność- problem w tym, że jeśli nie zapobiegnie się tej bezradności, skutki mogą być opłakane. Czasem jedynym wyjściem jest klaps.

Niezwykle istotny jest przy tym wszystkim fakt, iż przemoc "wychowawcza" (czyli klapsy wynikające z porażek wychowawczych, klapsy będące karami za realne przewiny) praktycznie nigdy nie prowadzi do poważnych obrażeń czy śmierci dziecka; co najwyżej zostawia ślady w postaci czerwonych pasków na służących do siadania okolicach ciała. Prawdziwym problemem jest przemoc wynikająca z agresji wykazywanej przez niektórych rodziców, głównie (choć nie tylko) pod wpływem alkoholu. Przemoc taka obecna jest w znikomym odsetku rodzin, jest za to dużym problemem ze względu na szkody, jakie czyni swoim ofiarom. Całkowity zakaz bicia dzieci nie jest w żadnym wypadku na taką przemoc ukierunkowany; z punktu widzenia tego typu ustawy podobnie traktowany będzie ojciec, który po ciężkim dniu wróci do domu i ukarze dziecko za grzebanie w jego portfelu, jak alkoholik, bijący dzieciaka po pijanemu bez żadnego powodu czy sadysta czerpiący z podobnych praktyk przyjemność. Ponieważ zaś ojców po ciężkim dniu pracy jest znacznie więcej niż alkoholików i sadystów, to właśnie wobec nich najczęściej działać będzie ustawa.

Niestety, nie to jest największym zagrożeniem płynącym ze strony zapowiadanej przez Tuska regulacji. Całkowity zakaz bicia dzieci jest, wobec powszechności posiadania potomstwa i wyjątkowej pozycji rodziny bardzo poważnym zagrożeniem dla wolności obywatelskich, daje bowiem państwu możliwość ingerowania w najbardziej prywatną sferę każdego, kogo ktoś podejrzewa (lub pomówi) o danie dziecku klapsa. Czyli, nie oszukujmy się, każdego kto posiada rodzinę- każde dziecko przecież czasem płacze (to już nasuwa podejrzenie, ze zostało uderzone), każde może mieć na ciele siniaka czy otarcie (cóż z tego, że są to obrażenia wśród dzieci powszechne z oczywistych względów). Zakaz zapowiadany przez Tuska daje państwu potężne narzędzie, którego bardzo łatwo nadużywać- jeśli nawet przyjąć, że samo nie jest nadużyciem. Można wykorzystywać go w walce politycznej, można za jego pomocą szantażować niewygodnych biznesmenów, można użyć do kompromitowania niewygodnych dla jakichś środowisk osób (wyprowadzenie w kajdankach w świetle kamer jest bardzo widowiskowe, a i grzywna "za znęcanie się nad dziećmi" da się medialnie wykorzystać) bliżej zaś zwykłego człowieka- pozwala na znaczne rozszerzenie bezkarnej urzędniczej samowoli, wymuszanie łapówek etc.

Całkowity zakaz używania kar cielesnych jest w rzeczywistości próbą ominięcia problemu przemocy w rodzinie, próbą zamiecenia pod dywan sprawy, która powinna zostać rzetelnie rozwiązana. Problem w tym, że nie da jej się zapobiec jednym zakazem- potrzebna jest m.in. zmiana mentalności ludzi, którzy nie reagują na ewidentne przejawy przemocy w swoim otoczeniu (odbudowa więzi społecznych) czy zwalczanie promujących agresję treści już wśród dzieci (chodzi oczywiście kreskówki, gry komputerowe, militarne zabawki- niestety, za takimi treściami stoi kapitał, któremu rząd podpadać nie chce...). Powyższe dwie pożądane zmiany nie wyczerpują oczywiście listy działań, które należy podjąć, a które z jakichś względów są są mniej niż napisanie i przegłosowanie ustawy wygodne.

_________________________________________________

*Wiem to, moi nie musieli. Wiem też, ile czasu na moje i mojego rodzeństwa wychowanie poświęcali; matka po moim urodzeniu zrezygnowała z pracy, ojciec poza pracą miał tylko rodzinę. Moim rodzicom udało się wychować trójkę dzieci bez kar cielesnych, jakkolwiek co poniektóre konflikty pomiędzy mną a siostrą i bratem wybuchające niewątpliwie na taką karę zasługiwały i sądzę, że gdyby parę razy dostał w skórę, byłbym znacznie lepszym człowiekiem...
No i zapewne lepiej wspominałbym moją osiemnastkę, gdybym wcześniej wiedział, co to znaczy dostać pasem ;)

Pisząc powyższą notkę opierałem się m.in. na dyskusji, która odbyła się na forum www.IVRP.pl- dziękuję jej uczestnikom za wyrażone opinie.

sobota, 24 maja 2008

Platforma ma nowego Palikota

Sprawa Kazimierza Marcinkiewicza, który w wywiadzie dla "Dziennika" wyznał, iż posiadł informację, jakoby prezydent (wówczas) elekt Lech Kaczyński wydał polecenie podsłuchiwania go, premiera (wówczas) RP, komentowana jest niezwykle ciekawie, nie dostrzegłem jednak wśród komentarzy dość istotnego i, wydawałoby się, oczywistego aspektu. Co za tym idzie, nie dostrzegłem też jednej z najważniejszych postaci ostatnich miesięcy- Janusza Palikota.

Oczywiście inne potencjalne czynniki, które mogły spowodować wyznanie byłego premiera na pewno mają swój znaczny w genezie dzisiejszej sensacji udział- trudno wszak przypuszczać, by Marcinkiewicz zapomniał o dosyć, przyznajmy, instrumentalnym potraktowaniu przez włodarzy PiS w lecie 2006 czy- w szczególności- nieprzedłużeniu mu rekomendacji na wygodne, intratne i niezbyt odpowiedzialne (czyli, krótko mówiąc, wymarzone) londyńskie stanowisko w EBOiR. Chęć zemsty na pewno walnie przyczyniła się do opublikowania dzisiejszych sensacji, jednak trudno zignorować inne, co do skutków powiązane z dziennikową publikacją wydarzenie.

Termin publikacji drugiej sensacji drugiej tegorocznej majówki nie wynika bowiem z dawnych i niedawnych żalów Marcinkiewicza, nie wynika nawet z przypadającego właśnie półmetka pierwszej kadencji prezydenta. Nie jest dla nikogo tajemnicą, że Platforma, a Donald Tusk w szczególności, ostrzy sobie zęby na urząd prezydenta i w celu jego zdobycia prowadzi tyleż dalekosiężną i całkiem rozsądną, co brudną grę. Co prawda do elekcji jeszcze 2,5 roku, jednak przygotowanie gruntu ma swoje znaczenie.

Pierwsze ataki- niesnaski na linii premier-prezydent, przedstawiane (zupełnie niesłusznie) jako zawinione przez Lecha Kaczyńskiego były niejako badaniem opinii publicznej- jak daleko w chamskich zagrywkach wobec prezydenta można się posunąć? Można było daleko, Platforma uruchomiła więc posła Palikota, którego działalność w ostatnich miesiącach przyprawiała o mdłości co wrażliwszych i powodowała uśmiech politowania u bardziej zorientowanych. Misją Palikota było właśnie zepsucie powietrza, wytworzenie może nie duchoty, ale pewnego, przepraszam za określenie, "smrodku" wokół Głowy Państwa. Osoby zorientowane (chociaż w niewielkim stopniu) w polityce oczywiście na takie zagrywki się nie nabierają, jednak większość elektoratu, delikatnie mówiąc, polityką interesuje się średnio, głosując raczej na urodę i spoty wyborcze (to ta część, która wciąż utrzymuje, że "Kaczory to faszyści").

Poseł Palikot swoją misję wypełnił, jej przedłużanie mogłoby doprowadzić do następstw przeciwnych niż oczekiwane- popadł więc w "niełaskę" włodarzy PO (niepochwalających w żadnym stopniu jego wybryków), jego miejsce zajął zaś Kazimierz Marcinkiewicz.

Proszę zauważyć podobieństwo sytuacji obu panów z punktu widzenia PO- zarówno Palikot, jak Marcinkiewicz są dla PO bezpieczni (Palikot, bo wiadomo, ekscentryczny milioner, Marcinkiewicz nawet nie jest członkiem partii), więc ewentualny zły odbiór ich działań przez społeczeństwo nie uderza bezpośrednio w Platformę. Obaj też są z punktu widzenia partii Schetyny skuteczni- Palikot przez swoją widowiskowość i niewyparzony język, Marcinkiewicz jako były premier z nadania PiS i były wiceszef tej partii. Poza tym i Marcinkiewicz i Palikot chętnie dołączyliby do wierchuszki Platformy, a przynajmniej chcieliby mieć pewność startów z list tej partii... Uwiarygodnienie potrzebne jest szczególnie Marcinkiewiczowi.

Na pierwszy rzut oka widać co prawda, że ataki (mimo zmiany atakującego) wciąż są z serii "coś się przylepi"- pamiętajmy jednak, że w ciągu 2,5 roku przylepić się może całkiem sporo.

piątek, 18 kwietnia 2008

Osobiste, merytoryczne... trudne słowa

Nie jestem szczególnym znawcą polityki finansowej, szczególnie w wydaniu PO. Postać ministra Gomułki znam ze słyszenia, choć to podobno wybitny specjalista... Niewykluczone, w końcu nazwisko "Balcerowicz" znam doskonale, a jaki to specjalista, każdy widzi. Ogólnie biorąc, sprawa platformowej reformy finansów obchodzi mnie średnio, bo w przeciwieństwie do co poniektórych naiwniaków od początku jakoś w nią nie wierzyłem, Pawlaka w ministerstwie gospodarki traktując jako ostateczne potwierdzenie moich opinii o Platformie Obywatelskiej i powadze, z jaką ta partia traktuje wyborcze zapowiedzi.

Mimo wszystko jednak sprawa rezygnacji Gomułki ma swoją interesującą stronę. Pokazuje mianowicie, jak platformowi dygnitarze traktują komunikację ze społeczeństwem. Informację o dymisji wiceministra znalazłem w sieci jakoś wczoraj wieczorem; uzasadnienie "z powodów merytorycznych" świeciło wyraźnie, choć specjalnie się nie wybijało. Ponad wszelką wątpliwość- znajdowało się.

Jakżeż wielkie było moje zdziwienie, kiedy jakiś czas później słuchałem polityka PO, który twierdził, że zapewne powody decyzji wiceministra są osobiste. Oczywiście, taka sytuacja ma wiele wytłumaczeń. Kilka przykładowych:

Po pierwsze, politycy PO nie za bardzo wiedzą, co dzieje się w partii i (w tym wypadku) w rządzie, jednak potrzeba kreacji wizerunku zwycięża rozsądek.

Po drugie- politycy PO nie za bardzo wiedzą, co dzieje się w partii i (w tym wypadku) w rządzie, jednak przekonanie o sile PRu jest silniejsze od ich mniemania o rozsądku odbiorców.

Po trzecie- politycy PO wiedzą, co się dzieje, ale głupieją na widok kamer.

Po czwarte, politycy PO myślą, że wiedzą co się dzieje, bo inaczej przecież dziać się nie może.

Mam wrażenie, że w przypadku większości działaczy partii rządzącej czwarty punkt jest najbliższy rzeczywistości. Przekonani, że w cudownym rządzie opromienianym przez Słoneczko Kaszub nic nie może zgrzytać, a wszyscy żyją w zgodzie i wzajemnie szanują swoje poglądy, ufnie przyjmują za pewnik, że dymisje- takie jak ta Gomułki- wynikać mogą tylko z powodów osobistych. I to na tyle poważnych, że przeważających rozkosze pracy pod Tuskiem.

I stąd wszystkie nieporozumienia, które złośliwi tłumaczyli bezczelnością tudzież ignorancją.